Szukaj na tym blogu

Ładowanie...

czwartek, 24 listopada 2016

Czy można wymagać heroizmu od innych?

Dwa lata temu, kiedy opuszczałem Niemcy, żeby wrócić do Polski, dostałem w prezencie książkę zawierającą 100 świadectw księży z różnych zakątków świata. Jednak muszę przyznać się, że zacząłem czytać ją dopiero niedawno, kiedy ponownie zostałem wysłany do pracy w Bawarii. 

Poniżej przytoczę dwa świadectwa z w/w książki (w tłumaczeniu własnym z niemieckiego): pierwsze z Haiti, drugie z Australii. Ich wspólną cechą jest radość z ocalenia dziecka poczętego i zmiana decyzji ich matek, z których pierwsza nosiła się z zamiarem aborcji, natomiast druga przesunęła termin operacji. O ile pierwsze jest wezwaniem, żeby „siać”, tzn. żeby nie przemilczać prawdy o wartości każdego ludzkiego życia, drugie świadectwo jest o odwadze wymagania heroizmu od innych.


1. „Kiedy przed pięciu laty udziałem święceń kapłańskich, po Mszy św. podeszła do mnie kobieta i z widocznym wzruszeniem powiedziała do mnie: ‘Księże Biskupie, muszę Waszej Ekscelencji coś opowiedzieć: Kiedy Ksiądz Biskup był jeszcze młodym księdzem, uczestniczyłam w dniu skupienia prowadzonym przez Księdza w Port-au-Prince. W konferencji Ksiądz Biskup powiedział wtedy, że matki muszą chronić swoje dzieci przed aborcją, bo któregoś dnia mogą zostać prezydentami, księżmi czy też biskupami.

Wtedy byłam w ciąży i miałam zamiar ją usunąć. Po kazaniu długo myślałam nad tym, co usłyszałam, i dzięki słowom Księdza Biskupa zmieniłam zdanie. To dziecko, które wtedy urodziłam, jest teraz jednym z księży, którym Ksiądz Biskup udzielił święceń, i pragnę Waszej Ekscelencji za to podziękować”. (ks. bp Eustache Saint Hubert)


2. „Kiedy przed laty pracowałem jako kapelan szpitala w Westmead, otrzymałem wiadomość, że jedna z pacjentek prosi mnie o błogosławieństwo przed czekającą ją w następnym dniu operacją. Kiedy ją odwiedziłem, dowiedziałem się, że jest w ciąży. Powiedziała mi, że martwi się bardzo z powodu operacji.
‘Co to za operacja?’ – zapytałem.
‘Histerektomia’

Od razu pomyślałem, że to niemożliwe, aby usuwając macicę zachować życie dziecka.
Owa pacjentka wyjaśniła mi, że jest chora na raka narządów rodnych. Opowiadając o chorobie próbowała usprawiedliwić swoją decyzję. Powiedziano jej, że operacja ta nie będzie grzechem w oczach Pana Boga, nawet jeśli podda się jej będąc w ciąży, ponieważ jest absolutną koniecznością.
Wtedy opowiedziałem jej o błogosławionej Giannie Molli, która już w międzyczasie została ogłoszona świętą. Była włoską lekarką, która podjęła heroiczną decyzję ofiarowania własnego życia w zamian za życie dziecka, które nosiła w sobie. Poprosiłem kobietę, aby w tej sytuacji całkowicie zawierzyła Bogu.

‘Proszę pozwolić mi modlić się, żeby Pani zmieniła decyzję, i w ten sposób uratowała życie swojemu dziecku’.

Po tym wstępie modliliśmy się razem. Podczas modlitwy łzy spływały po policzkach kobiety. Kiedy wróciłem do domu, od razu poszedłem do kaplicy, aby całą noc modlić się o to, żeby ta kobieta zdecydowała się ocalić życie dziecka. Następnego dnia zadzwoniłem do lekarza z parafii. Poradził mi przekonać ją, aby donosiła dziecko do siódmego miesiąca, kiedy będzie mogła je urodzić, po czym poddać się operacji.

O godzinie 8:00 rano zapukał do mnie nieznajomy mężczyzna. Zdenerwowany zapytał mnie: ‘Czy to Ksiądz rozmawiał z moją żoną?’. Myślałem, że jest zły na mnie, ale ku mojemu wielkiemu zdziwieniu powiedział do mnie: ‘Muszę Księdzu za to podziękować. Posłuchamy rady Księdza: Będziemy czekać do siódmego miesiąca i wtedy żona będzie mogła urodzić’.

I tak się stało. W siódmym miesiącu po sprowokowaniu bólów kobieta wydała na świat przecudną, całkowicie zdrową dziewczynkę, która niedługo później została ochrzczona. Miesiąc później matka poddała się operacji, po czym w krótkim okresie została całkowicie uzdrowiona z raka.
Każdego roku w dzień urodzin córeczki rodzice wraz z dziećmi przychodzą do kościoła na Mszę św. Za każdym razem matka mówi dziecku te same słowa: ‘Podejdź do Twojego wybawcy i pocałuj go!’” (ks. Kevin Matthew Lee)

Czy można wymagać heroizmu od innych? Okazuje się, że tak. Ks. Lee miał odwagę wymagać bohaterstwa od chorej na raka ciężarnej kobiety. Ale ten ksiądz nie tylko, że wymagał heroizmu od drugiej osoby, ale sam postąpił heroicznie, bo sądzę, że takim czynem była całonocna modlitwa przed Najświętszym Sakramentem. Gdyby zabrakło mu tej odwagi w rozmowie z kobietą, i być może, gdyby nie jego modlitwa, świat dzisiaj byłby biedniejszy o życie dziewczynki, a jej rodzice nie byliby tak szczęśliwi, jak są dzisiaj dzięki temu, że zdecydowali się na czyn heroiczny. Chwała Panu!

poniedziałek, 21 listopada 2016

Dwie miłości

Czytając „Dialogi” św. Katarzyny znalazłem genialną myśl. Święta zapisała słowa Boga Ojca, który mówi do niej o miłości do Boga i miłości do bliźniego. Wynika z nich, że kochając bliźniego prawdziwą miłością odpowiadam na miłość Boga do mnie, i to na sposób, w jaki On kocha mnie. Można to uzasadnić na różne sposoby, ale słowa zapisane przez św. Katarzynę są dla mnie tak genialne, że postanowiłem podzielić się nimi z Czytelnikami odwiedzającymi mojego bloga:


„Żądam od was, abyście kochali Mnie tą miłością, jaką Ja was kocham. Wprawdzie nie możecie tego uczynić, bo Ja pokochałem was, zanim byłem kochany i wszelka miłość, którą żywicie dla Mnie, jest długiem, z którego się wywiązujecie, nie łaską, którą Mi czynicie, podczas gdy miłość moja jest łaską, a nie powinnością. Więc nie możecie Mi oddać miłości, której od was żądam; lecz dałem wam bliźniego, abyście czynili dla niego to, czego dla Mnie nie możecie czynić, to jest kochać go bez zastrzeżeń i bez oczekiwania jakiejś korzyści. Wtedy uznam, że czynicie dla Mnie, co uczyniliście dla niego”. (LXV, za: http://sienenka.blogspot.de/2011/02/nauka-o-moscie-lxiv.html )

piątek, 18 listopada 2016

Królowanie Chrystusa

„Co to więc znaczy: przyjąć Chrystusa za Króla i Pana? Jego królowanie nad światem nie wynika przecież z naszego namaszczenia, koronacji, intronizacji czy z wolnej elekcji. Jest faktem niezależnym od nas. Jego królestwo nie jest z tego świata, przekazał Mu je Ojciec (por. Łk 22,29). My zaś powinniśmy do Jego królowania podejść w postawie dziecka, jako do czegoś oczywistego”. (ks. Henryk Zieliński, „Idziemy”, 20.11.2016).

środa, 16 listopada 2016

Żony apostołów czyli celibat duchownych

Celibat – problem niekatolików? Tak, właśnie tak: niekatolików bardziej niż katolików, a nawet bardziej niż samych zainteresowanych czyli księży. Ostatnio spotkałem się z tym przejawem „troski” o ich zbawienie na Salonie24, a autorem tekstu Zagrożony celibat, przez pewien czas wiszącego na SG, jak się wydaje, jest członek organizacji zapoczątkowanej przez Charlesa T. Russella.

Nie jest to pierwsza tego rodzaju dyskusja, którą dane mi było prowadzić. To, co uświadomiłem sobie w czasie dyskusji z przeciwnikami celibatu duchownych i poszukiwań w Piśmie św. odpowiedzi na ich zarzuty, można wyrazić krótko parafrazując tytuł popularnej swego czasu piosenki Danuty Rinn: „Gdzie te chłopy?”, czyli „Gdzie są te ‘apostołki’?” (bo chyba tak trzeba nazywać żony apostołów). Gdzie o nich mowa na kartach Pisma św.? To, co dla wielu jest tak oczywiste, (że apostołowie, biskupi i prezbiterzy mieli żony), wcale takie oczywiste nie jest. Jedno jest pewno: Biblia o nich milczy. I to milczenie jest bardzo wymowne… Ale dajmy głos adwersarzowi:

- „W Ewangelii według św. Łukasza (8, 1-3) czytamy, że Jezusowie towarzyszyły kobiety. Nie można wykluczyć, że były wśród nich żony apostołów”.

Słusznie, tego wykluczyć się nie da. Ale też jest prawdą, że nie ma tam napisane, iż wśród wymienionych kobiet były także apostołów. W dodatku, Łukasz, który wspomina o kobietach towarzyszących Jezusowi i apostołom, podając odpowiedź Pana Jezus Piotrowi, jako jedyny z Ewangelistów wymienił także „żony” opuszczone dla królestwa Bożego:
„Wówczas Piotr rzekł: ‘Oto my opuściliśmy swoją własność i poszliśmy za Tobą’. On im odpowiedział: ‘Zaprawdę, powiadam wam: Nikt nie opuszcza domu albo żony, braci, rodziców albo dzieci dla królestwa Bożego, żeby nie otrzymał daleko więcej w tym czasie, a w wieku przyszłym - życia wiecznego’”. (Łk 18, 28-30 BT; por. Mt 19, 27-30; Mk 10, 28-31).
- „No, ale przecież Piotr! Jest w Ewangelii mowa o jego teściowej, no więc jest oczywiste, że miał żonę”.

Owszem, nie da się zaprzeczyć, że Ewangeliści wspominają teściową pierwszego z apostołów. Jednak zastanawiające i znamienne jest, że żaden z nich nie wspomina jej w relacjonując odwiedziny Pana w domu Piotra i Andrzeja, podczas których uzdrowił teściową tego pierwszego (Mk 1, 29-31, por. Mt 8, 14-17; Łk 4, 38-41).  Opis choroby implikuje, że była ona poważnie chora. Uzdrowienie jest natychmiastowe. Chora zaraz po odzyskaniu zdrowia zajmuje się gośćmi. Intrygują jest w całej tej scenie nieobecność jej córki, a żony Piotra. Oczywiście nie możemy wykluczyć, że podobnie jak Maria, siostra Łazarza i Marty, usiadła przy stopach Pana słuchając jego słów, a całą troskę o gości pozostawiła swojej mamie, ale gdyby tak było, to jest bardzo wątpliwe, że swoim zachowaniem w opisywanej przez Ewangelistę sytuacji zasłużyłaby na pochwałę Pana, która stała się udziałem siostry Marty (Łk 10, 42). Żaden z Ewangelistów nie czyni najmniejszej wzmianki o pierwszej „papieżowej” pomimo, mimo iż opowiadanie o uzdrowieniu teściowej Piotra zamieszczone jest przez wszystkich synoptyków. Komentatorzy podejmują różne próby wytłuczenia jej nieobecności, ale pozostają one w sferze domysłów. Najbardziej prawdopodobne wydaje się wyjaśnienie mówiące o tym, że Piotr w tym czasie był wdowcem. Pewne jest tylko jedno: żona Piotra nie jest wspomniana ani w tym opowiadaniu, ani na żadnym innym miejscu w całym Nowym Testamencie.

- „Zaraz, zaraz, ale czyż św. Paweł nie wspomina żony Piotra i mówi o niej, nie jak się mówi o zmarłej, ale właśnie jak o żyjącej i towarzyszącej w podróżach apostolskich męża”.
Zgadza się, że Apostoł Narodów wspomina Piotra i towarzyszącą mu w jego podróżach apostolskich kobietę, ale nie jest takie oczywiste, że była to jego żona. Czytamy o tym w 1 Kor:

„Czyż nie wolno nam brać z sobą niewiasty - siostry, podobnie jak to czynią pozostali apostołowie oraz bracia Pańscy i Kefas?” (9, 5). Jest to tłumaczenie Biblii Tysiąclecia. Ale protestanci tłumaczą np. w ten sposób:

“Czy nie mamy prawa zabierać [ze sobą]siostry – żony jak inni apostołowie, bracia Pana i Kefas?” (UBG - Uwspółcześniona Biblia Gdańska, wydana przez Fundację Wrota Nadziei).
Podczas gdy Tysiąclatka tłumaczy „niewiasta – siostra”, UBG ma w tym miejscu: „siostra – żona”. Trzeba przyznać, że protestanckie tłumaczenie wiernie oddaje kolejność słów w oryginale: w Biblii greckiej najpierw jest słowo oznaczające siostrę (adelfe), a dopiero później to drugie słowo – tak różnie tłumaczone: w Tysiąclatce przez słowo „niewiasta” czyli „kobieta”, zaś w UBG – „żona”. Różnica bierze się stąd, że greckie słowo γυνή (czyt. gyne), podobnie jak w jęz. niemieckim „Frau” – może oznaczać zarówno „kobietę” (w sensie „dowolną kobietę”), jak i „żonę”. Które tłumaczenie jest poprawne? Szukając odpowiedzi na to pytanie, zacznijmy od komentarza katolickiego:

„Pierwszym jest prawo do jedzenia i picia, co oznacza prawdopodobnie prawo do jedzenia i picia na koszt Kościoła, któremu służy, ale może oznaczać także oznaczać prawo do spożywania pokarmu ofiarowanego bożkom. (Później sprecyzuje warunki, pod którymi chrześcijanie mogą to czynić.) Drugim jest prawo do zabierania z sobą żony chrześcijanki, dosłownie: ‘siostrę kobietę’ lub ‘siostrę żonę’. W pismach apostolskich słowo ‘siostra’, podobnie jak ‘brat’ odnosi się do chrześcijan. Chociaż kilku Ojców Kościoła uważało, że Paweł nawiązywał do usługującej kobiety, podobnie jak kobiety, które służyły Jezusowi i Jego uczniom w Łk 8, 1-3, to jednak sprawiłoby, że słowo ‘gyne’ (‘kobieta, żona’) byłoby zbyteczne, i dlatego słuszne jest tłumaczenie New American Bible (Biblia używana w liturgii Kościoła katolickiego – amerykański odpowiednik Tysiąclatki – dopisek PK) – ‘żona’, z czym zgadza się większość współczesnych uczonych.[1]

W podobnym duchu wypowiada się protestancki autor Marvin R. Vincent. W „Word Studies in the New Testament” pisze w ten sposób:

„Siostry, żony. Błąd. ‘Siostra’ oznacza chrześcijańską kobietę, będącą członkiem Kościoła, jak to jest w Rz 16, 1; 1 Kor 7, 15; Jk 2, 15. To słowo stoi w apozycji do słowa ’żona’‘Żony, która jest siostrą’, albo ‘wierzącą’. (Tak tłumaczy Revised Version of the New Testament). Także ona, podobnie jak jej mąż, ma prawo do utrzymania przez Kościół. Niektórzy Ojcowie Kościoła twierdzą, że chodzi tu nie o żonę, ale o żeńską pomoc, ‘serviens matrona’, która przyczyniała się do utrzymania apostołów, podobnie jak kobiety służące Chrystusowi. Jednak nie ma podstaw do takiej interpretacji. Stoi ona bowiem w sprzeczności z przykładem Piotra, którego imię zostało wymienione na końcu wiersza; por. Mt 8, 14; a oprócz tego, według Pawła ta pomoc [kobiety towarzyszącej apostołowi] powinna być kontynuowana. Ta praktyka rozwijała się w Kościele aż Soboru w Nicei, który z powodu nadużyć zabronił jej dalszego kontynuowania”.[2]

Vincent odczytuje słowo „gyne” jako „żona”, a za nim część komentatorów protestanckich, a nawet katolickich, o czym mieliśmy się okazję przekonać trochę wcześniej. Niektóre komentarze, przed wszystkim nie-katolickie, idą po tej linii jeszcze dalej, twierdząc, że św. Paweł w 1 Kor 9, 5 mówi o prawie apostołów do zawierania przez nich małżeństwa. Jednak nie wszyscy, bo inni z nich, także protestanccy, chociaż zdają sobie sprawę z „atrakcyjności” takiej interpretacji, widzą także jej słabość.[3]

Odpowiadając na komentarze Montague’a i Vincenta trzeba powiedzieć, że:
1. Na podstawie 1 Kor 7, 7-8 jest sprawą oczywistą, że św. Paweł był człowiekiem bezżennym. Co więcej, to był jego świadomy wybór, który zaleca innym. Jeśli zatem mówi o prawie brania ze sobą „siostry niewiasty”, jest oczywiste, że nie mówi o swojej żonie-chrześcijance, ale o kobiecie-siostrze. Dlatego słowo „gyne” nie oznacza tu „żony”, ale „kobietę”. „Niektórzy ludzie, nie rozumiejąc tego fragmentu, tłumaczyli to słowo ‘żona’. Dwuznaczność greckiego słowa zwiodła ich, bo to samo słowo oznacza żonę i kobietę. Jednakże Apostoł umieścił te słowa w taki sposób, żeby ludzie nie powinni dać się wprowadzić w błąd, bo przecież nie powiedział jedynie ‘kobieta’, ale ‘siostra kobieta’, i nie powiedział ‘poślubić’, ale ‘wziąć z sobą’ (św. Augustyn, „The Work of the Monks”, 2).[4]
2. Tak, to prawda, że Sobór Nicejski na skutek istniejących nadużyć zabronił misjonarzom brać z sobą towarzyszki – chrześcijanki, która nie była jego żoną. Ale właśnie sam ten fakt potwierdza, że taka praktyka istniała. Nie ma tu znaczenia, że Apostoł wypowiedział się za jej utrzymaniem, bo przecież Sobór Nicejski był trzysta lat później. (Jest tu pewna analogia do praktyki spożywania krwi. Chociaż w Dz 15 została ona zabroniona, to jednak z biegiem czasu Kościół uznał, że rozporządzenie to nie ma już mocy obowiązującej.)

3. Najważniejszym jednak argumentem jest kontekst interesującej nas wypowiedzi. Z 1 Kor 9, 1-18 w sposób oczywisty wynika św. Paweł mówi tylko o jednymprawie – prawie do utrzymania przez Kościół w Koryncie za głoszenie mu Ewangelii. Chociaż ma takie prawo, nie tylko do utrzymania siebie, ale także towarzyszącej mu kobiety (gdyby taką brał ze sobą), to właśnie żeby nie stawiać przeszkód głoszonej przez siebie Ewangelii, dobrowolnie z tego prawa rezygnuje (w. 12.15), a swoją zapłatę za głoszenie Dobrej Nowiny widzi właśnie w tym, że czyni to bez zapłaty, i nie korzysta z prawa[5], które mu daje Ewangelia (w. 18).

4. W czternastu wersetach Dziejów Apostolskich (np. 1, 16; 2, 29) mamy wyrażenie analogiczne do „siostry-kobiety” w 1 Kor 9, 5). Chodzi o zwrot ἄνδρες ἀδελφοί (czyt. andres adelfoi) „mężczyźni bracia”, gdzie tym pierwszym słowem jest „andres”, które może oznaczać zarówno „mężowie” jak i „mężczyźni”, czyli podobnie jak słowo „gyne”, które może oznaczać zarówno „żonę”, jak i „kobietę”.

We wszystkich tych wersetach w Biblii Tysiąclecia czytamy tylko jedno słowo: „bracia”, nie zaś „mężowie bracia”. O ile w jęz. polskim słowo „mężowie” słusznie zostało uznane za zbyteczne, jest ono zachowane w oryginale greckim. Podobnie czynią tłumacze New American Bible. We wszystkich tych czternastu wersetach oryginalne „mężowie bracia” oddają jednym słowom: „bracia”. Niestety, nie stosują tej samej zasady w 1 Kor 9, 5, i apozycję „siostry-kobiety” nie oddają słowem „siostra”, ale „a Christian wife” – „żona chrześcijanka”. Nie są jedyne przykłady. Na inne wskazuje protestancki autor Archibald T. Robertson w książce: „Gramatyka grecka Nowego Testamentu w świetle historycznych badań”:

„Użycie słów ‘mężczyzna, człowiek, kobieta’ w apozycji wydaje się zbędne, jednakże jest w pełni zrozumiałe. Słowo [stojące] w apozycji określa bliżej to drugie słowo, jak np. ‘mężczyzna prorok’ (Łk 24, 19), ‘człowiek pan domu’ (Mt 21, 33); por. ‘mężczyźni bracia’ (Dz 1, 16), i ‘mężczyźni zabójcy’ (Dz 3, 14); także ‘mężczyźni Izraelici’ (Dz 2, 22), ‘mężowie Ateńczycy’ (Dz 17, 22). (…) Także ‘do kobiety wdowy’ (Łk 4, 26), ‘do człowieka ojca rodziny’ (Mt 13, 52)”.[6]

W Biblii Tysiąclecia we wszystkich tu wymienionych miejscach słowa „mężczyzna, człowiek, kobieta” zostały pominięte, i tak dla przykładu, w Łk 24, 19 nie czytamy, że „Jezus był mężczyzną prorokiem”, ale: „Zapytał ich: «Cóż takiego?» Odpowiedzieli Mu: «To, co się stało z Jezusem Nazarejczykiem, który był prorokiem potężnym w czynie i słowie wobec Boga i całego ludu”; w Łk 4, 26 nie czytamy, że Eliasz był posłany „do kobiety wdowy”, ale: „(…) do owej wdowy w Sarepcie Sydońskiej”; a w Mt 21, 33 nie ma napisane: „był pewien człowiek gospodarz”, ale: „Był pewien gospodarz, który założył winnicę”. Podobnie czynią tłumacze New American Bible. We wszystkich tych miejscach pomijają słowa: „mężczyzna, człowiek, kobieta”. Wyjątek czynią tylko w 1 Kor 9, 5.

Dla nieprzekonanych mam jeszcze jeden argument. Szukając w Piśmie św. apozycji złożonej z tych samych słów, to ta w 1 Kor 9, 5: ἀδελφὴν γυναῖκα, ale o odwrotnej kolejności, znalazłem ją w 1 Krl 11, 19 BT w Septuagincie, czyli żydowskim tłumaczeniu Starego Testamentu na jęz. grecki): „Ponieważ Hadad pozyskał wielkie łaski u faraona, ten dał mu za żonę siostrę (γυναῖκα ἀδελφὴν) swej żony, siostrę królowej Tachpnes”. Skoro γυναῖκα ἀδελφὴν w 1 Krl 11, 19 oznacza „wzięcie (czyjejś) siostry za żonę”, to ze względu na kontekst dalszy Pierwszego Listu do Koryntian te dwa słowa 1 Kor 9, 5 trzeba przetłumaczyć: „Czyż nie wolno nam brać z sobą kobietę jako siostrę, podobnie jak to czynią pozostali apostołowie oraz bracia Pańscy i Kefas?”. Zatem nawet jeśli Paweł i inni Apostołowie mieli żony, to z 1 Kor 9, 5 wynika, że traktowali je jak brat siostrę. Taką interpretację potwierdza Klemens Aleksandryjski, który w odróżnieniu od innych Ojców Kościoła uważa, że Apostołowie udając się w podróże misyjne brali ze sobą συζυγους (czyt.: zysygus, greckie słowo, które tu używa Klemens, można przetłumaczyć za pomocą słów: „żony” lub „współpracownice”), ale nie współżyli z nimi w sposób właściwy małżonkom, bo były one dla nich właśnie jak siostry. Pomagały one apostołom w docieraniu z Ewangelią do pomieszczeń kobiet. W ten sposób unikano ewentualnych zgorszeń, które mogłyby powstać, gdyby udawali się tam mężczyźni.[7]

„No dobrze, ale przecież sam Apostoł (Paweł) pisząc do Tymoteusza czy Tytusa, wyraźnie podaje, że biskupem, prezbiterem czy diakonem powinien być mężczyzną mający żonę”:
„Nauka ta zasługuje na wiarę. Jeśli ktoś dąży do biskupstwa, pożąda dobrego zadania. Biskup więc powinien być nienaganny, mąż jednej żony, trzeźwy, rozsądny, przyzwoity, gościnny, sposobny do nauczania, nie przebierający miary w piciu wina, nieskłonny do bicia, ale opanowany, niekłótliwy, niechciwy na grosz, dobrze rządzący własnym domem, trzymający dzieci w uległości, z całą godnością. Jeśli ktoś bowiem nie umie stanąć na czele własnego domu, jakżeż będzie się troszczył o Kościół Boży? Nie [może] byćświeżo ochrzczony, ażeby wbiwszy się w pychę nie wpadł w diabelskie potępienie. Powinien też mieć dobre świadectwo ze strony tych, którzy są z zewnątrz, żeby się nie naraził na wzgardę i sidła diabelskie”. (1 Tm 3:1-7 BT)

„W tym celu zostawiłem cię na Krecie, byś zaległe sprawy należycie załatwił i ustanowił w każdym mieście prezbiterów. Jak ci zarządziłem, [może nim zostać] jeśli ktoś jest nienaganny, mąż jednej żony, mający dzieci wierzące, nie obwiniane o rozpustę lub niekarność”. (Tt 1:5-6 BT)

„Diakonami tak samo winni być ludzie godni, w mowie nieobłudni, nienadużywający wina, niechciwi brudnego zysku, [lecz]utrzymujący tajemnicę wiary w czystym sumieniu. I oni niech będą najpierw poddawani próbie, i dopiero wtedy niech spełniają posługę, jeśli są bez zarzutu. Kobiety również - czyste, nieskłonne do oczerniania, trzeźwe, wierne we wszystkim. Diakoni niech będą mężami jednej żony, rządzący dobrze dziećmi i własnymi domami. Ci bowiem, skoro dobrze spełnili czynności diakońskie, zdobywają sobie zaszczytny stopień i ufną śmiałość w wierze, która jest w Chrystusie Jezusie”. (1 Tm 3:8-13 BT)

Tak, biskupami, prezbiterami (kapłanami) i diakonami mogli zostać mężczyźni – „mężowie jednej żony”. Czy to znaczy, że musieli być żonaci? Nie, chodziło o coś innego. Wyrażenie to oznaczało, że nie wolno było nakładać ręce (udzielać święceń) mężczyźnie, który był dwa razy żonaty. Analogiczne wyrażenie tylko w odniesieniu do kobiet – kandydatek do stanu konsekrowanych wdów– można spotkać w cytowanym 1 Liście do Tymoteusza:
„Do spisu należy wciągać taką wdowę, która ma co najmniej lat sześćdziesiąt, była żoną jednego męża, ma za sobą świadectwo o [takich]dobrych czynach: że dzieci wychowała, że była gościnna, że obmyła nogi świętych, że zasmuconym przyszła z pomocą, że pilnie brała udział we wszelkim dobrym dziele”. (1 Tm 5:9-10 BT)

Należące do stanu wdów w Kościele mogły zostać kobiety – „żony jednego męża”. Ale przecież ich mężowie nie żyli, bo inaczej nie byłyby wdowami. Analogicznie wyrażenie „mężowie jednej żony” może odnosić się do mężczyzn, którzy byli wdowcami.
Interesującym jest fakt, że w powyższych fragmentach odnoszących się do kandydatów na biskupów, prezbiterów i diakonów jest mowa o wymaganiach donoszących się do ich kobiet – żon kandydatów -  tylko w przypadków diakonów. We wszystkich tych fragmentach (także w tym odnoszącym się do wdów) jest mowa o DZIECIACH kandydatów, natomiast o WSPÓŁMAŁŻONKACH tylko w przypadku diakonów. Brak wzmianki o żonach kandydatów na biskupów i prezbiterów jest bardzo wymowny. Jak wiadomo, i dzisiaj święci się na diakonów mężczyzn żonatych (chodzi tu o urząd diakona stałego, czyli takiego, dla którego diakonat nie jest drogą do kapłaństwa).

Można zapytać o powody, dla których św. Paweł w powyższych fragmentach odnoszących się do biskupów i kapłanów, nie wspomina ich żon. Może właśnie z tych samej przyczyny, dla której nie są wspomniani mężowie wdów – już nie żyli. Zatem jest możliwe, że już w czasach św. Pawła na biskupów i prezbiterów powoływano tylko kawalerów lub wdowców.
W komentarzu autor wspomnianego na początku tekstu na Salon24 napisał:
„Dogmaty i tradycja ważniejsze od wzoru Chrystusowego?”

Celibat nie jest dogmatem KK, ale jest prawdą, że Kościół wymagając bezżenności od kandydatów na kapłanów odwołuje się do tradycji i wzoru Chrystusowego, który sam był bezżenny i pochwalał bezżenność podejmowaną dla królestwa Bożego:

„Bo są niezdatni do małżeństwa, którzy z łona matki takimi się urodzili; i są niezdatni do małżeństwa, których ludzie takimi uczynili; a są i tacy bezżenni, którzy dla królestwa niebieskiego sami zostali bezżenni. Kto może pojąć, niech pojmuje!” (Mt 19:12 BT)

Pan wypowiadając te słowa był świadomy, że ich zrozumienie nie będzie oczywiste.



[1] Montague, G. T. (2011). “First Corinthians” (p. 151). Grand Rapids, MI: Baker Academic.
[2] Vincent, M. R. (1887). “Word studies in the New Testament” (Vol. 3, pp. 228–229). New York: Charles Scribner’s Sons.
[3] “Those who see this as a second issue over his apostolic rights suggest that all of this means ‘Don’t I have the right to be married?’ and that it might thus be related to the issue of his singleness in chap. 7. Again, that has some attractiveness to it, but here such a view is even more difficult to sustain”. (Fee, G. D. (1987). “The First Epistle to the Corinthians” (p. 403). Grand Rapids, MI: Wm. B. Eerdmans Publishing Co.)
[4] Bray, G. L. (1999). 1-2 Corinthians. “Ancient Christian Commentary on Scripture” NT 7 (80–81). Downers Grove, IL: InterVarsity Press.
[5] Inaczej niż w Biblii Tysiąclecia, tekst grecki ma liczbę pojedynczą. Dlatego nie „praw”, ale „prawa”.
[6] “The use of ἀνήρ, ἄνθρωπος, γυνή with words in apposition seems superfluous, though it is perfectly intelligible. The word in apposition conveys the main idea, as ἀνὴρ προφήτης (Lu. 24:19), ἄνθρωπος οἰκοδεσπότης (Mt. 21:33). Cf. ἄνδρες ἀδελφοί (Ac. 1:16) and ἄνδρα φονέα (Ac. 3:14). So also ἄνδρες Ἰσραηλεῖται (Ac. 2:22), ἄνδρες Ἀθηναῖοι (Ac. 17:22), an idiom common in the Attic orators. Such apposition, of course, is not confined to the subject, but is used in any case in every sort of phrase. So πρὸς γυναῖκα χήραν (Lu. 4:26), ἀνθρώπῳ οἰκοδεσπότῃ (Mt. 13:52, but note also 21:33), Σίμωνος Βυρσέως (Ac. 10:32).” (Robertson, A. T. (1919). “A Grammar of the Greek New Testament in the Light of Historical Research” (p. 399). Logos Bible Software.)
[7] “Even Paul did not hesitate in one letter to address his consort. The only reason why he did not take her about with him was that it would have been an inconvenience for his ministry. Accordingly he says in a letter: ‘Have we not a right to take about with us a wife that is a sister like the other apostles?’  But the latter, in accordance with their particular ministry, devoted themselves to preaching without any distraction, and took their wives with them not as women with whom they had marriage relations, but as sisters, that they might be their fellow-ministers in dealing with housewives. It was through them that the Lord's teaching penetrated also the women's quarters without any scandal being aroused. (Klemens Aleksandryjski, “Stromata”, księga III, 53; http://www.earlychristianwritings.com/text/clement-stromata-book3-english.html )

wtorek, 8 listopada 2016

Doskonały żal za grzechy i ufność w Boże miłosierdzie ratunkiem dla umierającego grzesznika

„To drugie napomnienie, najdroższa córko, zjawia się w ostatniej godzinie, gdy już nie ma ratunku. Człowiek znajduje się u wrót śmierci i wtedy budzi się robak sumienia, którego nie czuł, oślepiony przez miłość własną; lecz teraz, w chwili śmierci, gdy człowiek widzi, że nie może ujść rąk moich, robak zaczyna go toczyć wyrzutami z powodu tak wielkiego zła, do którego przywodzą duszę grzechy.

Gdyby dusza ta miała światło, którego potrzeba, aby poznać winę swą i bolała nad nią, nie z powodu męki piekielnej, która po niej następuje, lecz dlatego, że obraziła Mnie, który jestem najwyższą i wieczną dobrocią, jeszcze znalazłaby miłosierdzie.

Lecz jeśli przekroczyła próg śmierci bez światła, tylko z wyrzutami sumienia, bez nadziei w krwi, przejęta własnym cierpieniem, bolejąc nad swą zgubą, a nie z powodu obrazy mojej: dochodzi do potępienia wiecznego. Wtedy sprawiedliwość moja oskarża ją surowo za niesprawiedliwość i fałszywy sąd, nie tylko w ogólności za niesprawiedliwości i fałszywe sądy, których używała we wszystkich działaniach swoich, lecz także i przede wszystkim za szczególną niesprawiedliwość, którą popełniła w tej ostatniej chwili i za fałszywy sąd, który wydała, uważając, że nędza jej jest większa, niż miłosierdzie moje.

Oto grzech niewybaczalny, ani w tym życiu, ani w przyszłym. Dusza odtrąciła miłosierdzie moje, wzgardziła nim i grzech ten jest cięższy, niż wszystkie inne grzechy, które popełniła (por. Mt 12,31-32). Toteż rozpacz Judasza była bardziej obraźliwa dla Mnie i boleśniejsza dla Syna mojego, niż jego zdrada. Więc dusza jest oskarżona za ten fałszywy sąd, że uważała grzech swój za większy, niż moje miłosierdzie i przeto jest karana z szatanami i dręczona wiecznie z nimi.

Jest też oskarżona o niesprawiedliwość, którą popełnia wtedy, gdy boleje bardziej z powodu swojej zguby, niż mojej obrazy. Popełnia istotnie niesprawiedliwość, bo nie oddaje Mi tego, do czego mam prawo, ani sobie tego, co do niej należy. Mnie winna oddawać miłość i gorycz ze skruchą serca, którą winna ofiarować w obliczu moim za zadaną mi obrazę. A ona czyni przeciwnie, daje sobie całą miłość, współczuje tylko z sobą, boleje tylko z powodu kary, którą ściągnął na nią grzech”. (Św. Katarzyna ze Sieny, „Dialogi” XXXVII, http://sienenka.blogspot.de/2011/01/dialog-sw-katarzyny-xxxvii.html ).

Z tych słów Pana, wypowiedzianych do św. Katarzyny ze Sieny i przez nią zapisanych, wynika, że każdy, największy nawet grzesznik ma jeszcze w godzinie śmierci szansę na zbawienie. Jest to szansa ostateczna. Drogą do skorzystania z zaproponowanej mu szansy jest:
1.       doskonały żal za grzechy i
2.       ufność w Boże miłosierdzie, które większe jest niż suma wszystkich grzechów największego grzesznika.

Ad. 1. Doskonały żal za grzechy polega na żalu, skrusze czy smutku z powodu obrazy Boga. Jeśli grzesznik zdobędzie się na taki żal, ma szansę na zbawienie, nawet jeśli jego grzechy byłyby „jak szkarłat” (por. Iz 1, 18). Zatem nie wystarczy żal niedoskonały, który polega na żalu z powodu skutków grzechu/ów uderzających w grzesznika, które go/je popełnił. Mówiąc bardziej konkretnie: Karą za grzech ciężki jest potępienie. Jeśli grzesznik żałuje za grzech tylko z tego powodu, że jego skutkiem jest wieczne potępienie, co w chwili śmierci dokładnie poznaje, taki żal za grzechy nie wystarczy, żeby skorzystać z Bożego miłosierdzia i przez to uniknąć potępienia. Potrzebny jest właśnie żal za grzechy doskonały, który jest niczym innym, jak formą miłości do Boga. Jeśli żałuję za grzechy właśnie z tego powodu, że moim grzechem Go zasmuciłem, to pokazuję przez to moją miłość do Niego. Jeśli natomiast żałuję tylko dlatego, że popełniony grzech uderza we mnie, to żal taki pokazuje tylko miłość własną, a stąd do miłości do Boga jeszcze daleka droga.

Przy okazji trzeba powiedzieć, że żal niedoskonały jest wystarczający przy sakramencie spowiedzi. Widać z tego dobrodziejstwo spowiedzi, ponieważ, jak sądzę, żal doskonały za grzechy jest bardzo trudny do osiągnięcia

Ad. 2. A jednak miłosierdzie Boże jest większe niż wszystkie grzechy razem największego nawet grzesznika. Ale żeby być zdolnym do przyjęcia Bożego miłosierdzia muszę uwierzyć, że tak jest; muszę zaufać Bożemu miłosierdziu; muszę uwierzyć w Bożą miłość, tzn. muszę uwierzyć, że Bóg kocha mnie pomimo wszystkich popełnionych przeze mnie grzechów. Taki akt wiary jest bardzo trudny w godzinie śmierci, kiedy z całą jasnością poznaję moje grzechy, kiedy widzę ich skutki. Wtedy właśnie poznaję, że nie ma we mnie niczego, czym mógłbym zasłużyć na Bożą miłość. Wtedy pozostaje jedynie pokora, który zdolna jest do przyjęcia darmowej Bożej miłości. Pokora jest koniecznym warunkiem, który uzdalnia mnie do przyjęcia Bożej miłości. Pokora leży u podstaw ufności, która otwiera się na Bożą miłość.

O ile doskonały żal za grzechy jest próbą czy dowodem miłości do Boga, o tyle ufność w Boże miłosierdzie jest wiarą w miłość Boga do mnie. Bóg ofiaruje grzesznikowi swoją miłość, a ten może ją przyjąć i odpowiedzieć przez ufność i doskonały żal za grzechy.

poniedziałek, 7 listopada 2016

Czy należy się lękać złego ducha?

Przeciwko nieuzasadnionym lękom przed złym duchem przytaczam urywek z życia (rozdz. 25,19-22), napisanego przez św. Teresę z Avila. Są to słowa dodające otuchy, pod warunkiem, że sami nie otwieramy drzwi złemu duchowi... Odpowiada św. Teresa od Jezusa:


„Jeśli Pan ten jest tak potężny, jak wiem i widzę, że jest, jeśli złe duchy są Jego niewolnikami, w co wiara nie pozwala mi wątpić, cóż więc złego mogą mi zrobić, skoro jestem służebnicą tego Króla i Pana? Czemuż więc miałoby mi zabraknąć odwagi do walki nawet z całym piekłem? Brałam do ręki krzyż i rzeczywiście Bóg dodawał mi odwagi. W jednej chwili czułam się tak odmieniona, że nie lękałabym się wzywać ich wszystkich do walki: - Wystąpcie teraz wszyscy, abym ja, służebnica Pańska, zobaczyła, co potraficie mi zrobić! Tak naprawdę to raczej one się mnie bały, gdyż ja byłam zupełnie spokojna. Od tego czasu bez śladu zniknęły lęki przed nimi, nie bałam się wcale widoku złych duchów, a raczej jak niżej opowiem, to one drżały przede mną. Wszechwładny Pan całego stworzenia dał mi nad nimi taką władzę, że teraz są dla mnie jak brzęczenie muchy. Są tak bardzo tchórzliwi, że skoro tylko poczują, że ma się ich za nic, tracą wszelką odwagę. Wrogowie ci napadają tylko takich, którzy uciekają od walki i sami łatwo się poddają, lub gdy Bóg pozwala, aby ich pokus i udręczenia były na większy pożytek tych, którzy są Jego sługami. Oby dał Pan w swojej Boskiej łaskawości, byśmy umieli się bać tylko tego, czego rzeczywiście bać się powinniśmy, byśmy zrozumieli tą prawdę niezawodną, a jeden grzech powszedni większą nam może wyrządzić szkodę niż wszystkie razem potęgi piekielne. Czy wiecie, kiedy czarci napawają nas strachem? Wówczas, gdy sami sobie dajemy powód do strachu naszym przywiązaniem do czci, do rozkoszy, do bogactw tego świata. Wtedy, kochając się w tym i pożądając tego, czym winniśmy się brzydzić, sami w ich ręce składamy oręż, którym powinniśmy się bronić przeciw nim, i doprowadzamy ich do tego, że pokonują nas i nam wyrządzają wielkie szkody. Litość pojawia się na myśl o tym, a przecież wystarczyłoby uchwycić się krzyża i obrzydzić sobie te dobra dla miłości Boga, a wtedy zły duch będzie bardziej uciekał niż my od zarazy. Zły duch kocha kłamstwo, sam jest kłamstwem i nigdy się nie sprzymierzy z tym, kto postępuje w prawdzie. Ale gdy u kogoś widzi zaćmiony umysł, tego zręcznie doprowadza do całkowitego zaślepienia; a gdy zauważy, że ktoś jest tak ślepy, że swoje szczęście pokłada w dobrach tego świata, tak błahych i marnych jak dziecinne zabawki, z takim też postępuje jak z dzieckiem i śmiało rzuca się na niego, nie raz, ale wiele razy. Nie daj Boże, bym się znalazła wśród tych nieszczęśliwych, ale abym, dzięki użyczonej łasce, umiała poczytywać za spokój to, co jest prawdziwym spokojem, za część to, co jest prawdziwą czcią, za pociechę to, co jest prawdziwą pociechą, a nigdy to, co jest fałszem i złudą. Wtedy będę mogła szydzić ze wszystkich diabłów i wówczas nie ja będę się ich bała, ale oni mnie. Nie rozumiem wątku tego, kto krzyczy "diabeł! diabeł!", podczas gdy powinien wołać "Bóg! Bóg!" i napędzić strachu całemu piekłu. Czyż nie wiemy, że złe duchy nawet nie mogą się ruszyć jeśli im Bóg nie pozwoli? Na cóż więc te wszystkie daremne wątki? Co do mnie, to bardziej się boję tych, którzy się boją diabła, niż diabła samego, ten bowiem nic mi zrobić nie może, ale tamci, zwłaszcza jeśli są spowiednikami, mogą spowodować wielki niepokój duszy. To z ich powodu przeżyłam wiele lat tak wielkiego udręczenia, że jeszcze dzisiaj się dziwię, że potrafiłam je znieść. Błogosławiony niech będzie Pan, że podał mi tak skuteczny ratunek”. (za: Gabriele Amorth, „Wyznania egzorcysty”, http://biblijna.strefa.pl/Ks.%20Gabriele%20Amorth%20-%20Wyznania%20egzorcysty.pdf )

sobota, 4 czerwca 2016

Tron szatana


„Aniołowi Kościoła w Pergamonie napisz: To mówi Ten, który ma miecz obosieczny, ostry. Wiem, gdzie mieszkasz: tam, gdzie jest tron szatana, a trzymasz się mego imienia i wiary mojej się nie zaparłeś, nawet we dni Antypasa, wiernego świadka mojego, który został zabity u was, tam gdzie mieszka szatan.” (Ap 2:12-13 BT).
***
Z jakich powodów miasto Pergamon, do którego adresowany jest jeden z listów w Apokalipsie, nazwany jest miejscem, gdzie jest „tron szatana” i gdzie „szatan mieszka”? Komentatorzy różnie to uzasadniają, ale większość z nich wskazuje na trzy ewentualne przyczyny, który sprawiły, że natchniony autor użył takich określeń w odniesieniu do tego miasta:

- Pergamon był miejscem, gdzie została wzniesiona pierwsza świątynia poświęcona kultowi cesarza. Tu cesarz Augustyn był czczony jako bóg, a odmowa złożenia ofiary ku jego czci była traktowana jako zdrada państwa;

- To również miejsce, gdzie na wzgórzu wznoszącym się na wysokość ok. 250 m. nad miastem stała świątynia Zeusa, z wielkim ołtarzem widocznym już z daleka, na którym składano ofiary ze zwierząt ku jego czci. Warto w tym miejscu wspomnieć, że w starożytności ołtarz identyfikowano z tronem;

- Innym z najczęściej powtarzających się argumentów jest fakt, że miasto było centrum kultu boga-węża zwanego Asklepios i wąż stał się symbolem Pergamonu. W tym kontekście warto przypomnieć, że dopiero w Apokalipsie zostało wyraźnie objawione, że za „starożytnym wężem” krył się sam szatan (Ap 12:9).

Który z tych motywów zadecydował, że dla natchnionego autora, jak i z pewnością dla tych, do których kierował on swoje Objawienie, Pergamon był miejscem, gdzie szatan miał swój tron? Dziś nie możemy być tego całkowicie pewni. A może chodziło o połączenie niektórych czy nawet wszystkich wymienionych elementów? Dla żydów kult bożków był utożsamiany z kultem demonów. Tę perspektywę przejęli chrześcijanie, o czym możemy przekonać się czytając Nowy Testament:

„A pozostali ludzie, nie zabici przez te plagi, nie odwrócili się od dzieł swoich rąk, tak by nie wielbić demonów ani bożków złotych, srebrnych, spiżowych, kamiennych, drewnianych, które nie mogą ni widzieć, ni słyszeć, ni chodzić. Ani się nie odwrócili od swoich zabójstw, swych czarów, swego nierządu i swych kradzieży.” (Ap 9:20-21 BT).

„Lecz po cóż to mówię? Czy może jest czymś ofiara złożona bożkom? Albo czy sam bożek jest czymś? Ależ właśnie to, co ofiarują poganie, demonom składają w ofierze, a nie Bogu. Nie chciałbym, byście mieli coś wspólnego z demonami.” (1 Kor 10:19-20 BT).

Jeśli tak, to identyfikowanie Zeusa, najwyższego boga w panteonie greckim, z szatanem, księciem demonów, byłoby naturalną konsekwencją takiej identyfikacji. Być może jest to powód, dla którego wielu, a może nawet większość współczesnych uczonych skłania się ku opinii, że Pergamon został nazwany miejscem, gdzie jest tron szatana właśnie ze względu na umieszczony tam ołtarz Zeusa.[1]

Gdzie dzisiaj się on znajduje? Już nie w Bergamie (współczesna nazwa starożytnego Pergamonu), ale w Berlinie, a dokładnie w Muzeum Pergamońskim. Wybudowano go w latach 1910-1930 r. Tu został zauważony przez Alberta Speera, i stał się dla niego natchnieniem przy budowie trybuny i placu (Zeppelinfeld) w Norymberdze, gdzie Hitler organizował wiece członków NSDAP.[2]

O ołtarzu pergamońskim w Berlinie wiedziałem już od dawna. Miałem nawet okazję zobaczyć go w 1993 r. Ale teraz myśl o nim powróciła na nowo, a stało się to po wysłuchaniu świadectwa nawrócenia Lecha Dokowicza. Warto wysłuchać całego nagrania trwającego 100 minut, bo kto zacząłby od 60-tej minuty, nie zrozumiałby przesłania całości: https://www.youtube.com/watch?v=U3P7M_YMsjs Lech Dokowicz był mocno zaangażowany w muzykę techno. Jego kariera wiązała się z powolnym odchodzeniem od Boga, z jednoczesnym oddawaniem coraz większych obszarów swojego życia szatanowi. Wiązało się to w przełomowym momencie z postrzeganiem rzeczywistości duchowej w sposób niedostępny innym. Dokowicz nazywa to swoistą „nadwrażliwością”, która u niego trwała kilka tygodni. Wyrażała się ona w tym, że na przykład patrząc na danego człowieka potrafił powiedzieć, czy jest blisko czy daleko od Boga. W 60-tej minucie tego nagrania mówi o tym, że chcąc dotrzeć z Niemiec do Polski przejeżdżał przez Berlin. I właśnie to miasto przeżył najgorzej. „To miasto” – mówi – „jawiło mi się jak gniazdo węży. To było coś okropnego, kiedy poruszałem się przez te wszystkie ulice”. Dostał się do Berlina Wschodniego, skąd odjeżdżał pociąg do Gdyni. Dopiero w pociągu, po około półtoragodzinnej jeździe poczuł zmianę aury duchowej. Nagle poczuł, że „coś się zmieniło” – mówi. Kiedy zastanawiał się, co takiego, doszedł do wniosku, że nie czuł już tej złej obecności duchowej, którą odczuwał wyraźnie aż do tego momentu. Nie wiedział, jak to wytłumaczyć, ale po chwili zorientował się, że pociąg wjechał do Polski. Dopiero w Polsce Lech Dokowicz przestał odczuwać zagrażającą atmosferę duchową, która towarzyszyła mu przez ostatnie dni. Zaś najsilniej odczuwał ją przejeżdżając przez Berlin.

Egzorcyści wskazują na powiązanie obecności złego ducha z przedmiotami. Dzieje się tak, kiedy dany przedmiot został ofiarowany szatanowi (na przykład przez użycie go w kulcie bożków), to w jakiś sposób stał się jego własnością. Dzieje się tak też z ludźmi, którzy oddają się szatanowi przez kult złego lub przez grzech. Wyrwanie się z tej niewoli jest możliwe, ale oznacza walkę. Czasem długą i uciążliwą, ale ponieważ Bóg jest silniejszy od szatana, dlatego kto oddał się Bogu i wiernie przy Nim trwa, nie może tej walki przegrać.

Jeśli ołtarz Zeusa, za pośrednictwem którego czczono szatana, został przewieziony z Bergamy do Berlina, to odtąd właśnie to miasto stało się miejscem, gdzie znajduje się „tron szatana”, a to wiąże się z jego szczególną tam obecnością i działaniem. Dlatego sądzę, że dobrze się stało, iż Polska została oddana Maryi, a biskupi już w najbliższą uroczystość Chrystusa Króla dokonają intronizacji Chrystusa na Króla Polski. Trzeba, aby każdy z nas duchowo łączył się z tym aktem oddając siebie, swoją rodzinę i całą Ojczyznę Chrystusowi, aby On mógł być naszym Panem i Królem. Wtedy szatan nie będzie mógł wyrządzić nam istotnej szkody.

„Bądźcie więc poddani Bogu, przeciwstawiajcie się natomiast diabłu, a ucieknie od was. Przystąpcie bliżej do Boga, to i On zbliży się do was.” (Jk 4:7-8 BT).

„Albowiem Pan jest twoją ucieczką, jako obrońcę wziąłeś sobie Najwyższego. Niedola nie przystąpi do ciebie, a cios nie spotka twojego namiotu, bo swoim aniołom dał rozkaz o tobie, aby cię strzegli na wszystkich twych drogach. Na rękach będą cię nosili, abyś nie uraził swej stopy o kamień. Będziesz stąpał po wężach i żmijach, a lwa i smoka będziesz mógł podeptać. Ja go wybawię, bo przylgnął do Mnie; osłonię go, bo uznał moje imię.” (Ps 91:9-14 BT)
***


Zdjęcie: wikipedia
Animacja starożytnego Pergamonu:


Muzeum Pergamońskie w Berlinie:




[2] http://cbn.uds.ak.o.brightcove.com/734546207001/734546207001_1405448270001_EZ29Tv1-Pergamum-P2-Teaching-WS-HD720-copy.mp4  W internecie można znaleźć informacje wskazujące na to, że fascynacja ołtarzem pergamońskim była (a może wciąż jest) obecna także w USA: https://stop-obama-now.net/obamas-shrine-to-satan/