Szukaj na tym blogu

środa, 19 kwietnia 2017

Siła przykładu

„Jak małe pisklęta uczą się śpiewać, wsłuchując się w śpiew swych rodziców, podobnie i dzieci nabywają znajomości cnoty, tego wzniosłego śpiewu Miłości Bożej, przebywając w pobliżu dusz trudniących się ich wychowaniem.

Przypominam sobie, że wśród moich ptaszków znajdował się czyżyk, który zachwycająco śpiewał, miałam też maleńką makolągwę, którą opiekowałam się z ’macierzyńską’  troskliwością, ponieważ otrzymałam ją, zanim zdołała cieszyć się szczęściem wolności. Ten biedny mały więzień nie miał rodziców, którzy nauczyliby go śpiewać, ale od rana do wieczora słuchał czyżyka wywodzącego swoje trele i chciał go naśladować... Trudne to było przedsięwzięcie dla makolągwy; jej słaby głosik niełatwo upodabniał się do dźwięcznego głosu mistrza śpiewu. Uroczy widok przedstawiały wysiłki biednego maleństwa, które ostatecznie zostały jednak uwieńczone sukcesem, ponieważ jej śpiew, nie tracąc uroku swej wielkiej delikatności, stał się identyczny ze śpiewem czyżyka.” (św. Teresa od Dzieciątka Jezus, „Dzieje duszy”)

sobota, 8 kwietnia 2017

"Nie stawiajcie oporu złemu" (Mt 5, 39)

Nie tak dawno otrzymałem maila od młodego męża i ojca dwójki dzieci z pytaniem o prawo do obrony własnej i swojej rodziny w razie ataku. Jak to jest z nastawieniem drugiego policzka i miłością do nieprzyjaciół, o których mówi Jezus?
Od czterech lat mieszka w Belgii, wcześniej 10 lat mieszkał w Holandii. Widzi, że bezpieczeństwo w tych krajach pogorszyło się i wciąż się pogarsza także wskutek imigrantów, o których mówi, że „Boga się nie boją i gardzą nami”. Pisze: „Jakiś czas temu na mszy było czytanie,  że ludzie wierzący w Jezusa musza miłować swoich wrogów a nie tylko bliźnich, bo swoich bliźnich to i poganie miłowali, tym się mamy właśnie odróżniać, że przy dostaniu w policzek mamy nadstawić drugi, choć z nauczania KKK wynika, że życie pochodzi od samego Boga i jest wartością nadrzędna i człowiek ma prawo się bronić, siebie i swoja rodzinę a w razie zagrożenia życia, gdy nie ma innej sposobności może nawet zranić czy nawet zabić napastnika - to przykład ekstremalny”.

Słusznie, zgodnie z KKK mamy prawo do samoobrony i obrony innych:

Uprawniona obrona
KKK 2263 Uprawniona obrona osób i społeczności nie jest wyjątkiem od zakazu zabijania niewinnego człowieka, czyli dobrowolnego zabójstwa. "Z samoobrony... może wyniknąć dwojaki skutek: zachowanie własnego życia oraz zabójstwo napastnika... Pierwszy zamierzony, a drugi nie zamierzony (Św. Tomasz z Akwinu, Summa theologiae, II-II, 64, 7).

KKK 2264 Miłość samego siebie pozostaje podstawową zasadą moralności. Jest zatem uprawnione domaganie się przestrzegania własnego prawa do życia. Kto broni swojego życia, nie jest winny zabójstwa, nawet jeśli jest zmuszony zadać swemu napastnikowi śmiertelny cios:

Jeśli ktoś w obronie własnego życia używa większej siły, niż potrzeba, będzie to niegodziwe. Dozwolona jest natomiast samoobrona, w której ktoś w sposób umiarkowany odpiera przemoc... Nie jest natomiast konieczne do zbawienia, by ktoś celem uniknięcia śmierci napastnika zaniechał czynności potrzebnej do należnej samoobrony, gdyż człowiek powinien bardziej troszczyć się o własne życie niż o życie cudze (Św. Tomasz z Akwinu, Summa theologiae, II-II, 64, 7).

KKK 2265 Uprawniona obrona może być nie tylko prawem, ale poważnym obowiązkiem tego, kto jest odpowiedzialny za życie drugiej osoby. Obrona dobra wspólnego wymaga, aby niesprawiedliwy napastnik został pozbawiony możliwości wyrządzania szkody. Z tej racji prawowita władza ma obowiązek uciec się nawet do broni, aby odeprzeć napadających na wspólnotę cywilną powierzoną jej odpowiedzialności”.

Właściwie to pytający już znalazł odpowiedź na swoje pytanie. A jednak trochę dalej, po podaniu ekstremalnych przykładów przemocy, pisze: „Włos się jeży jak się to czyta. Ci ludzie to Belzebuby wcielone. Jak mam rozumieć w tym przypadku miłość do bliźniego? Czy Jezus także takich ludzi miał na myśli? Jak miałoby się to objawiać? Jak mam szanować kogoś, kto najchętniej ściąłby mi głowę a żonę zgwałcił? Być może to ja źle interpretuję to, co widzę, sam już nie wiem....”

Te wątpliwości są właściwie czymś normalnym dla kogoś, kto czuje się odpowiedzialny za swoją rodzinę i widzi zagrożenia, a na pewno nie są złe same w sobie, przynajmniej jak długo człowiek jest otwarty na przyjęcie wskazań Kościoła, nawet, jeśli niektóre z tych wymagań są trudne do wypełnienia. Ale kiedy porówna się tekst Katechizmu Kościoła Katolickiego ze słowami Pana zapisanymi w Ewangelii, to może pojawić się inna wątpliwość, którą można wyrazić pytaniem: Czy nie ma pomiędzy nimi sprzeczności? Ewangelia, do której nawiązuje pytający, została przeczytana 19. lutego, w 7. niedzielę zwykłą:

„Słyszeliście, że powiedziano: Oko za oko i ząb za ząb! A Ja wam powiadam: Nie stawiajcie oporu złemu. Lecz jeśli cię kto uderzy w prawy policzek, nadstaw mu i drugi! Temu, kto chce prawować się z tobą i wziąć twoją szatę, odstąp i płaszcz! Zmusza cię kto, żeby iść z nim tysiąc kroków, idź dwa tysiące! Daj temu, kto cię prosi, i nie odwracaj się od tego, kto chce pożyczyć od ciebie. Słyszeliście, że powiedziano: Będziesz miłował swego bliźniego, a nieprzyjaciela swego będziesz nienawidził. A Ja wam powiadam: Miłujcie waszych nieprzyjaciół i módlcie się za tych, którzy was prześladują; tak będziecie synami Ojca waszego, który jest w niebie; ponieważ On sprawia, że słońce Jego wschodzi nad złymi i nad dobrymi, i On zsyła deszcz na sprawiedliwych i niesprawiedliwych. Jeśli bowiem miłujecie tych, którzy was miłują, cóż za nagrodę mieć będziecie? Czyż i celnicy tego nie czynią? I jeśli pozdrawiacie tylko swych braci, cóż szczególnego czynicie? Czyż i poganie tego nie czynią? Bądźcie więc wy doskonali, jak doskonały jest Ojciec wasz niebieski”. (Mt 5, 38-48).

Wydaje się, że mamy tu sprzeczność pomiędzy Ewangelią, a KKK: Ewangelia zawiera wymagania Pana Jezusa stawiane wobec swoich uczniów, aby nie stawiali oporu złemu, nastawiali policzek, a w KKK czytamy o tym, że mamy prawo, a nawet obowiązek obrony swoich najbliższych i siebie samych. Jak wytłumaczyć i usprawiedliwić interpretację KKK dającą prawo do samoobrony?

Mark Twain powiedział: „Trzymaj się z dala od ludzi, którzy chcą zniszczyć albo pomniejszyć twoje marzenia i pragnienie wielkości. To mali ludzie tak postępują. Prawdziwie wielcy pragną twojej wielkości i przy nich czujesz, że i ty możesz stać się wielki”. Słowa Jezusa są przeciwieństwem postępowania „małych ludzi”. Pan wzywa do wielkości, która przewyższa możliwości człowieka. „Bądźcie więc wy doskonali, jak doskonały jest Ojciec wasz niebieski”. Mówiąc inaczej: „Bądźcie tak wielcy, jak wielki jest Ojciec wasz niebieski”. Pan Jezus od swoich uczniów wymaga więcej, niż kilka wieków wcześniej Pan Bóg wobec Izraela: „Bądźcie świętymi, bo Ja jestem święty, Pan, Bóg wasz!”. Pan Jezus chce nie tylko, żeby Jego uczniowie byli święci, doskonali czy wielcy, bo Ojciec jest święty, doskonały, wielki; to, co On pragnie, nieskończenie przewyższa to dawne wymaganie, bo Pan stawia swoim uczniom wymaganie, aby byli tak święci, doskonali, wielcy, jak Ojciec niebieski jest święty, doskonały, wielki. Czy to możliwe? Nie, to jest niemożliwe. Pan Jezus używa tu figury zwanej hiperbolą, od hyperbole z języka greckiego. W oryginale to słowo składa się ono z dwóch części składowych: hyper – „ponad”, i bole od ballein – „rzucać”. Czyli to to „rzut ponad”. Według ks. Remigiusza Popowskiego („Wielki słownik grecko-polski Nowego Testamentu”) hyperbole oznacza: „nadzwyczajność; nadmiar, zbytek, ogrom; stopień najwyższy”. Hiperbola polega na przesadzie, nadmiarze, dlatego niekoniecznie należy rozumieć ją dosłownie. Używamy tego środka wyrazu na co dzień: „Ta paczka waży chyba tonę”, „Piotr pędzi jak strzała”. Czy ktoś słyszący takie zdanie rozumie je dosłownie? Raczej nie, ale zrozumie, że wspomniana paczka musi być bardzo ciężka, a ktoś biegnie bardzo szybko.

Nie inaczej było dwa tysiące lat temu. Tego stylistycznego środka używali także rabini nauczający w czasach Jezusa. Nie jest to więc figura retoryczna, którą wymyślił Jezus, ale trzeba powiedzieć, że używał jej chętnie. „Nikogo też na ziemi nie nazywajcie waszym ojcem; jeden bowiem jest Ojciec wasz, Ten w niebie” (Mt 23, 9) jest hiperbolą, której nie należy rozumieć dosłownie. Bo gdyby dosłownie rozumieć słowa Pana, to trzeba stwierdzić, że nie stosowali się do nich Ewangeliści (Mt 4, 21), św. Paweł (Mt 4, 16), Matka Pana (Łk 2, 48), a nawet On sam (Łk 11, 11)[1]. Co oznaczają więc słowa Pana, który mówi do swoich uczniów, żeby nikogo na ziemi nie nazywali swoim ojcem? Oznaczają one, że Ojciec niebieski jest ojcem par excellence, czyli ojcem, z którym nie można porównać żadnego innego, choćby najlepszego ojca. Podobnie słowa Pana: „Jeśli kto przychodzi do Mnie, a nie ma w nienawiści swego ojca i matki, żony i dzieci, braci i sióstr, nadto siebie samego, nie może być moim uczniem” (Łk 14, 26) są hiperbolą. Pan Jezus nie nakazuje nam, żebyśmy kogokolwiek nienawidzili, a tym bardziej swoich najbliższych. Jego słowa oznaczają, że ten, kto chce być Jego uczniem, nie może kochać nikogo bardziej niż Jego samego (por. Mt 10, 37). Podobnie słowa o nastawianiu drugiego policzka są hiperbolą. W czasie męki uderzony Pan nie nastawił drugiego policzka, ale zapytał: „Dlaczego mnie bijesz?” (J 18, 22-23).

W hiperboli chodzi o pokreślenie prawdy, którą autor wyraża przez oczywisty nadmiar. Przesadą jest stawianie człowiekowi wymagań, żeby był jak Bóg. Ale wymaganie pozostaje. Jak rozumieć słowa Pana, żeby nie stawiać oporu złemu?

Dobrze to wyjaśnił M. Scott Peck w książce „The People of the Lie” („Kłamcy”). Autor opisuje przypadki zła jednostkowego (tzn. popełnianego przez pojedynczych ludzi) i grupowego (którego autorem jest mniejsza lub większa grupa ludzi). Jako przykłady zła jednostkowego Peck wypiera niektóre przypadki z własnej praktyki psychiatrycznej, zaś przykładem zła grupowego jest zbrodnia wojenna z MyLai z czasów wojny USA z Wietnamem. Niezależnie czy chodziło o zło, którego autorem jest pojedynczy człowiek czy grupa ludzi, w każdym z takich przypadków mamy do czynienia z kłamstwem, dlatego taki tytuł książki. Człowiek popełniający zło, zanim okłamie innych, okłamuje siebie samego. Życie w kłamstwie należy do istoty zła. Ale najciekawsze jest jej zakończenie. W ostatnim rozdziale zatytułowanym „Niebezpieczeństwo i nadzieja” („The Danger and the Hope”) autor pisze o niebezpieczeństwie zajmowania się złem, ale też i o nadziei jego pokonania. W jaki sposób jest to możliwe? Z punktu widzenia chrześcijanina odpowiedź Pecka jest oczywista: „Zło może być pokonane tylko przez miłość”; nie może być to walka skoncentrowana jedynie na złu. Dla uzasadnienia tego twierdzenia autor posługuje się cytatem z książki Aldousa Huxley’a „The Devils of Loudun”:

„Efekty stałej i intensywnej koncentracji na złu są zawsze katastrofalne. Tym, którzy organizują wyprawy krzyżowe nie dla Boga, lecz przeciw demonowi obecnemu w innych, nie udaje się uczynić świata lepszym. Albo zostawiają to takim, jakim był, albo czasami nawet znaczenie gorszym niż był przed ich wyruszeniem na wyprawę. Przez koncentrowanie się na złu przyczyniamy się, niezależnie od wzniosłości naszych intencji, do tworzenia okazji do manifestowania się zła. (…) Kto skupia swoją uwagą na złu, czy choćby na samej idei zła, nie może nie odczuć skutki tej koncentracji. Być bardziej przeciwko diabłu, niż dla Boga, jest skrajnie niebezpieczne”.[2] 

Jeśli walczymy ze złem starając się zniszczyć go w innych, to możemy nawet nie zauważyć, kiedy będziemy się starali zniszczyć ich samych. Efektem byłoby także zniszczenie dobra w nas samych. Nie można pokonać zła, przyjmując jego metody działania. Bo przyjmując sposoby działania zła, opowiadamy się po jego stronie. Jedynym sposobem, w jaki możemy pokonać zło, jest miłość.

„To brzmi tak prosto, że trzeba sobie zadać pytanie, dlaczego nie jest to prawda bardziej oczywista? Jednakże trzeba przyznać, że jakkolwiek prosto i jasno to brzmi, metodologia miłości jest trudna w praktyce i wymawiamy się od jej stosowania. W pierwszym momencie wydaje się to nawet niemożliwe. Bo jak kochać ludzi, którzy są źli? A jednak właśnie to jest to, co musimy czynić. (…)

Uzdrowić zło może tylko miłość jednostek. Wymagana jest ochotna ofiara. Indywidualny terapeuta musi zgodzić się na to, aby jego czy jej własna dusza stanie się polem bitwy. On czy ona musi ofiarniczo zaabsorbować zło w siebie.

Ale co uchroni tę duszę przez zniszczeniem? Jeśli ktoś przyjmie zło do własnego serca, niczym włócznię, czy może jego dobroć zostać zachowana? Nawet jeśli zło zostało pokonane, to czy razem z nim nie przestanie istnieć także dobro? Co zostałoby przez to osiągnięte poza pewnym kompromisem bez znaczenia?

Nie mogę odpowiedzieć na to pytanie inaczej niż posługując się językiem mistyki. Mogę powiedzieć tylko, że w takim przypadku dokonuje się jakaś tajemnicza alchemia, przez którą ofiara staje się zwycięzcą. Jak C. S. Lewis napisał: ‘Jeśli ochotna ofiara, która nie popełniła żadnej zdrady, została zabita w miejsce zdrajcy, Stół pęknie, a sama Śmierć zacznie działać w przeciwnym kierunku’.

Nie wiem, jak to się dzieje. Ale wiem, że tak właśnie jest. Wiem, że dobrzy ludzie mogą świadomie i dobrowolnie zgodzić się na to, że zostaną przeszyci złem innych – przez co zostają złamani, a jednak jakoś nie-złamani – nawet zabici w pewnym sensie, a jednak wciąż pozostają przy życiu i nie poddają się. Jeśli dzieje się coś takiego, to w tym momencie następuje małe przesunięcie w balansie sił na świecie” (M. Scott Peck, „People of the Lie”, str. 267, 269-270).

Czy to znaczy, że mamy szukać męczeństwa? Nie. Chrystus nakazał uciekać w obliczu prześladowań (Mt 10, 23). On sam poniósł męczeństwo, ale dopiero gdy przyszła Jego godzina. Wtedy nie stawiał oporu, nie bronił się. Ale wcześniej wymykał się zawsze z rąk prześladowców. Kiedy Jego rodacy chcieli Go zrzucić z góry, „przeszedłszy pośród nich oddalił się” (Łk 4, 30). Jak to zrobił? Używając siły fizycznej albo swej mocy Bożej. W każdym razie nie dał się zabić przed czasem. To samo można zauważyć u Jego pierwszych uczniów. Uciekali oni przed prześladowaniami, ale kiedy przyszedł ich czas, przyjmowali mękę i śmierć. Trzeba więc, żebyśmy i my żyli dla Pana, a jednocześnie byli gotowi dla Niego oddać życie.

„Pełnię miłości, którą winniśmy się, bracia najdrożsi, wzajemnie kochać, określił sam Pan mówiąc: ‘Nikt nie ma większej miłości od tej, gdy ktoś życie swoje oddaje za przyjaciół swoich’. Wniosek, jaki z tego wyciąga św. Jan Ewangelista w swoim Liście, jest następujący: ‘Jak Chrystus oddał za nas życie swoje, tak i my winniśmy oddać życie za braci’, miłując się wzajemnie tak, jak On nas umiłował i oddał za nas swoje życie. 

A oto co na ten temat czytamy w Księdze Przysłów Salomona: ‘Gdy z możnym do stołu usiądziesz, pilnie uważaj, co położono przed tobą, a wyciągając swoją rękę wiedz, że i ty musisz to samo przygotować’. Cóż jest stołem możnego, jeśli nie ten stół, skąd bierzemy Ciało i Krew Chrystusa, który oddał za nas swoje życie? A co znaczy zasiadać przy tym stole, jeśli nie przystępować doń z pokorą? Co oznacza uważać pilnie na potrawy, które kładą przed tobą, jeśli nie to, żeby godnie myśleć o tak wielkiej łasce? I cóż wreszcie znaczy wyciągać rękę i wiedzieć, że masz przygotować takie same potrawy, jeśli nie to, o czym już mówiłem, a mianowicie że Chrystus oddał za nas swoje życie, a więc że i my winniśmy oddać nasze życie za braci? Mówi bowiem św. Piotr Apostoł: ‘Chrystus cierpiał za nas, zostawiając nam przykład, abyśmy wstępowali w Jego ślady’. To oznacza przygotować takie same potrawy. Uczynili tak męczennicy płonąc gorącą miłością. Jeśli nie czcimy na próżno ich pamięci, to przystępując do stołu Pańskiego i biorąc udział w uczcie, którą i oni się sycili, trzeba, żebyśmy za ich przykładem przygotowali również, co należy”. (św. Augustyn, Komentarz do Ewangelii św. Jana)



[1] Wprawdzie Jezus poza Bogiem Ojcem nie nazywa nikogo swoim ojcem, ale na wielu miejscach używa tego słowa w odniesieniu do innych. To znaczy, że nie odnosił tego słowa wyłącznie do Ojca niebieskiego.
[2] Por. August Strindberg: „Kto zbyt długo walczy ze smokiem, w końcu staje się taki, jak on”. Friedrich W. Nietzsche: „Kto walczy z potworami, powinien się strzec, by walka nie uczyniła go jednym z nich”.

środa, 29 marca 2017

Co to znaczy, że złe duchy wierzą?

Zadziwić może fakt, o którym czytamy u św. Jakuba, że "złe duchy wierzą w Boga". Na czym polega ich wiara? Na przekonaniu, że Bóg jestWierzysz, że jest jeden Bóg? Słusznie czynisz - lecz także i złe duchy wierzą i drżą” (Jk 2, 19).

Św. Jakub pisze o tym w kontekście wiary i uczynków: wiara bez uczynków nie różni się w istocie od wiary, jaką mają demony: nie ma ona żadnej wartości zbawczej. Tylko wiara, która wyraża się w dobrych uczynkach, jest wiarą żywą i zasługującą na nagrodę. Tym nie mniej zadziwia stwierdzenie, że złe duchy wierzą. Co to właściwie znaczy? Jak się wydaje jedno: złe duchy nie oglądają Boga. Apostoł Narodów przeciwstawia te dwie rzeczywistości: wiarę i wpatrywanie się w Boże oblicze: „Albowiem według wiary, a nie dzięki widzeniu postępujemy” (2 Kor 5, 7). Złe duchy na podstawie wielu przesłanek są przekonane o istnieniu Boga, dlatego wierzą w istnienie Tego, którego nie widzą.

Złe duchy wierzą, że Bóg jest, wierzą w Jego sprawiedliwość, ale nie wierzą w Jego dobroć i miłosierdzie. Pan Jezus powiedział do św. Siostry Faustyny:

„+ O, jak bardzo Mnie rani niedowierzanie duszy. Taka dusza wyznaje, że jestem Święty i Sprawiedliwy, a nie wierzy, ze Jestem Miłosierdziem, nie dowierza Dobroci Mojej. I szatani wielbią sprawiedliwość Moją, ale nie wierzą w dobroć Moją.” („Dzienniczek”, 300)

Co więcej, nieuznanie Bożego miłosierdzia przez część aniołów stało się przyczyną ich upadku. Tak to widzi i opisuje w formie poetyckiej Apostołka Miłosierdzia:

Jeden z najpiękniejszych duchów, nie chciał uznać miłosierdzia Twego,
Pociąga za sobą innych, w swej pysze zaślepiony,
I staje się szatanem z Anioła tak pięknego,
l w jednym momencie z wyżyn nieba do piekieł strącony.
Wtem duchy wierne zawołały: Cześć miłosierdziu Bożemu,
I przetrwali szczęśliwie w próbie ognistej,
Cześć Jezusowi, Chrystusowi uniżonemu,
Cześć Matce Jego, Pannie pokornej, czystej.
Po walce tej pogrążyły się te czyste duchy w oceanie Bóstwa,
Rozważając, uwielbiają głębie miłosierdzia Jego,
Toną w Jego piękność i światłości mnóstwa,
               Poznając Troistość Osób, lecz Jedność Bóstwa (Dz 1742)  

środa, 15 marca 2017

Kapłaństwo serca

Historia, o której chcę opowiedzieć, wydarzyła się w jednym z pierwszych lat mojego kapłaństwa. Zostałem wezwany do szpitala do kobiety, która dzień wcześniej miała poród. Z wielkim entuzjazmem szedłem do wypełnienia powierzonego mi zadania i przygotowywałem się duchowo także do odwiedzin innych chorych. Po odwiedzinach matki z nowo narodzonym dzieckiem, byłem także w innych salach, żeby życzyć chorym dobrego dnia. W czasie tego obchodu podeszła do mnie dziewczyna i poprosiła, żebym przyszedł do jej chorej mamy i porozmawiał z nią: „Lekarz powiedział, że zrobił wszystko, co było w jego mocy…”

Chodziło o kobietę chorą na raka, której zostało niewiele życia. Idąc do niej nie miałem pojęcia, że tego dnia, właśnie w czasie tego spotkania otrzymam jedną z najważniejszej nauk na całe życie. „Chcę, żeby ksiądz mi pobłogosławił” – powiedziała kobieta. Miała zapadnięte oczy i była blada; choroba była widoczna w całym jej wyglądzie. Byłem przekonany, że Pan przyprowadził mnie w to miejsce, aby pocieszyć tą duszę.

W czasie spowiedzi i podczas udzielania sakramentu namaszczenia chorych po jej policzkach spływały obfite łzy. Wzruszała mnie myśl, że moje ręce w tym momencie były rękami Jezusa, które przynosiły pociechę ludziom w czasie Jego ziemskiego życia. Zanim wyszedłem z sali, żeby zawołać członków rodziny chorej, powiedziałem do niej cichym głosem: „Dzisiaj odwiedził Panią Jezus. Proszę Mu podziękować i nie smucić się już!”. „Chociaż jestem chora, uważam siebie za bardzo szczęśliwą” – odpowiedziała. Nie spodziewałem się takiej odpowiedzi. Nie wiedziałem, jak odpowiedzieć na jej słowa. Kiedy zauważyła, że byłem zmieszany, dodała: „Kiedy jeszcze byłam zdrowa, nigdy nie byłam tak szczęśliwa, jak teraz. Cierpiałam 37 lat z powodu mojego małżeństwa – mój mąż nie był mi wierny, i był uzależniony od alkoholu. Dużo się za niego modliłam i prosiłam Pana, aby go uwolnił od nałogu i odmienił jego życie. Po tym, jak zdiagnozowano moją chorobę, zauważyłam, że mój mąż był głęboko wstrząśnięty, i że coś się zaczęło zmieniać w jego wnętrzu. Kilka dni temu poprosił mnie o przebaczenie całego cierpienia, jakie mi zadał. Ale już dużo wcześniej zrozumiałam, że moja choroba uzdrowiła jego [chorobę]. Dzięki temu moje małżeństwo zostało uratowane!

Oprócz tego moja córka, ta, która zawoła Księdza, cierpiała z powodu ciężkich depresji. Często zamykała się na cały dzień w swoim pokoju, i nawet nie przychodziła na posiłki. Wielokrotnie usiłowała odebrać sobie życie. Jak często z różańcem w ręku prosiłam Boga o cud dla mojej córki! Ten cud wydarzył się rzeczywiście. Po tym, jak poddałam się leczeniu raka w klinice, moja córka wróciła do pełni zdrowia. Kiedy miałam badania lekarskie, towarzyszyła mi wszędzie, od jednego szpitala do drugiego. Kiedy czułam się przygnębiona, opowiadała mi zabawne historie, aby przez nie podnieść mnie na duchu. Zrozumiałam, że bardzo mnie kocha”.

Opowiadanie kobiety poruszyło mnie do głębi, a ona kontynuowała: „Ksiądz musi wiedzieć, że mój syn, który od piętnastu lat jest żonaty, był bardzo blisko decyzji o rozwodzie. Przeżywał kryzys wiary i zamierzał wystąpić z Kościoła, ale jego żona była temu przeciwna. Ta sytuacja spowodowała moje przygnębienie i była powodem, że byłam bardzo bliska rozpaczy, ponieważ pomimo cierpień zadanych mi przez męża nigdy nie myślałam o rozwodzie. Ponieważ szanowałam ich wolność, nie chciałam się wtrącać do ich małżeństwa. Zamiast tego bardzo często modliłam się w ich intencji. To, czego nie wyprosiły moje usta, uprosiła moja choroba. Od trzech miesięcy jest u nich znowu wszystko w najlepszym porządku. Odwiedzają mnie codziennie i razem odmawiamy różaniec. Mój syn odzyskał wiarę i nie myśli już o wystąpieniu z Kościoła.

Choroba przyszła więc w odpowiednim czasie… To był ten moment, który uratował moją rodzinę! Teraz mogę umrzeć w pokoju, dzięki błogosławieństwu otrzymanemu od Boga w sakramentach. Jestem pełna radości, bo moja rodzina poprzez moje cierpienie znalazła ratunek”.

Nie tylko studia w seminarium i święcenia kapłańskie nauczyły mnie, co to znaczy być kapłanem: Pan Bóg posłużył się umierającą kobietą, aby mi to pokazać. Teraz już dziesięć lat jestem kapłanem, ale wciąż bardzo wyraźnie pamiętam mądre słowa tej kobiety, którą Pan wziął do siebie.

Autorem powyższego świadectwa jest brazylijski kapłan Delton Alves de Oliveira Filho. Dzięki spotkaniu z umierającą kobietą poznał bardzo praktycznie, „co to znaczy być kapłanem”. I taki właśnie tytuł nosi to opowiadanie, które jest jednym ze stu świadectw księży z całego świata, zawartych w książce: „Das normale Wunder. 100 Glaubenszeugnisse von katholischen Priestern”. Być może sam autor zamieszczonego opowiadania, a może redaktorzy tej książki zatytułowali je w ten sposób. Ja jednak tłumacząc to opowiadanie z niemieckiego nazwałem je inaczej: „Kapłaństwo serca”. Dlaczego? Bo jak sądzę, właśnie przykład tej kobiety pokazuje, co to znaczy być kapłanem. Tak, to prawda, że ona była tą, która otrzymała sakramenty od kapłana. Jednak istota kapłaństwa bardziej objawiła się w tej umierającej kobiecie. Bo to ona swoją wytrwałą modlitwą, cierpieniem, i ostatecznie ofiarą z jej życia, przyczyniła się do przemiany jej rodziny. Kapłan, któremu opowiedziała historię swojego życia, pełni tu rolę świadka, ale nie świadka w sensie kogoś, kto swoimi słowami i czynami świadczy o kimś lub o czym, ale świadka, który coś widzi, słyszy i doświadcza. Kapłan ten stał się świadkiem jej życia. Dzięki zwierzeniom chorej na raka kobiety zrozumiał może nawet lepiej niż dzięki studiom, co to znaczy być kapłanem.

Kiedy tak o tym myślałem, przypomniała mi się św. Monika, która dzięki swoim łzom i wytrwałej modlitwie przyczyniła się do nawrócenia najpierw swojego męża, a potem syna. I nie byłoby św. Augustyna, gdyby nie łzy i modlitwa jego matki. Prawdopodobnie kobieta z tego opowiadania nie stanie się tak sławna, jak matka św. Augustyna. W tym opowiadaniu nie pojawia się nawet jej imię. Ale to nie jest decydujące. Dla Boga nie ma to znaczenia; dla Niego liczy się czysta intencja i miłość, a one były obecne w życiu tej bezimiennej kobiety z Brazylii, dzięki której córka doznała uzdrowienia, mąż i syn nawrócili się, a dwa małżeństwa zostały uratowane.
Rozmyślałem o tym przed Najświętszym Sakramentem. I wtedy przypomniał mi się też św. Franciszek i jego słowa, które wcześniej były dla mnie niezrozumiałe. Są to słowa z jednego z jego listów. Chodzi o te słowa poniżej, które zaznaczyłem tłustym drukiem. Przytaczam je w trochę większym kontekście:

Do brata N., ministra. Niech Pan cię błogosławi (por. Lb 6, 24a). Tak, jak umiem, mówię ci o sprawach twej duszy, że to wszystko, co przeszkadza ci kochać Pana Boga i jakikolwiek [człowiek] czyniłby ci przeszkody albo bracia lub inni, także gdyby cię bili, to wszystko powinieneś uważać za łaskę. I tego właśnie pragnij, a nie czego innego. I to przez prawdziwe posłuszeństwo wobec Pana Boga i wobec mnie, bo wiem na pewno, że to jest prawdziwe posłuszeństwo. I kochaj tych, którzy sprawiają ci te trudności. I nie żądaj od nich czego innego tylko tego, co Bóg ci da. I kochaj ich za to; i nie pragnij, aby byli lepszymi chrześcijanami. I nich to ma dla ciebie większą wartość niż życie w pustelni. (za: http://www.swanna.pl/prw/pisma/pisma_fr/list_do_min.html )

Dlaczego adresat listu ma „nie pragnąć”, aby sprawiający mu trudności stali się lepszymi chrześcijanami? Czyż nie jest to bardzo zbożne pragnienie? Co miał na myśli św. Franciszek? I właśnie dopiero ta historia chorej na raka kobiety opowiedziana przez brazylijskiego księdza pozwoliła mi znaleźć odpowiedź na to pytanie. Oczywiście pragnienie czyjegoś nawrócenia i uświęcenia jest czymś chwalebnym. Św. Franciszek nie chciał temu zaprzeczyć. Dlaczego więc to napisał? Jak sądzę z jednego powodu: Aby adresat jego listu pragnął najpierw swojego własnego nawrócenia i uświęcenia, a dopiero potem nawrócenia i uświęcenia innych. Akcent leży na słowie „najpierw”. Bo człowiek nawracający się przyczynia się do nawrócenia bliźnich, a uświęcony do uświęcenia swoich braci i sióstr. Historia zna wiele prób zmiany świata na lepsze, które zostały zapoczątkowane od próby zmiany innych, a kończyły się przelewem krwi. Tylko zaczynając od siebie może człowiek przyczynić się do pozytywnej przemiany świata. Odnosi się to do wszystkich, ale chyba w sposób szczególny właśnie do nas – kapłanów. 

środa, 11 stycznia 2017

Fim, który wysadził gender

Swego czasu portal Rebelya opublikował filmik, który pokazuje ignorancję tej ideologii. Na stronie gosc.pl można o nim przeczytać:

"Portal Rebelya zaprezentował film „Hjernvask” (Pranie mózgów) z polskimi napisami. Autorem filmu jest Harald Eia, znany w Norwegii komik, który w prosty sposób skompromitował w tym kraju ideologię gender. Pod wpływem tego filmu opinia publiczna w Norwegii, pozostająca wcześniej pod silnym wpływem genderowej propagandy, zaczęła dostrzegać nonsensy i absurdy tej pseudonauki.
Harald Eia, robiąc wrażenie laika, próbującego obalić mity na temat płci, rasy czy homoseksualizmu, pytał o te kwestie norweskich naukowców, filozofów czy dziennikarzy. Następnie udał się do światowej klasy badaczy z uniwersytetów brytyjskich i amerykańskich, specjalistów z dziedzin psychologii ewolucyjnej, genetyki behawioralnej i biologii i zadał im te same pytania. Gdy otrzymał od tych naukowców zupełnie odmienne odpowiedzi, zaprezentował im nagrania ich norweskich kolegów. Zareagowali szokiem i niedowierzaniem. Ich reakcje pokazał z kolei wcześniejszym rozmówcom z Norwegii, ci zaś odpowiedzieli na nie oskarżeniami o rasizm, propagowanie patriarchatu i uprzedzenia kulturowe.

Jednak Harald Eia, jak się okazało, nie był w tych kwestiach laikiem. Jest socjologiem, przez kilka lat pracował w tej dziedzinie naukowo, a dopiero później został komikiem. Nie zarzucił jednak swojej profesji i, niezależnie od pracy, cały czas studiował, kierując zainteresowania ku takim dziedzinom jak biologia, genetyka i psychologia ewolucyjna. Znając z autopsji wartość norweskiej nauki, zaczął zadawać rozmówcom coraz trudniejsze (choć przecież bardzo proste) pytania w rodzaju: Skoro w Norwegii panuje taka równość płci, to czemu tylko co dziesiąty inżynier jest kobietą, a 9 na 10 pielęgniarek to kobiety? Albo: Z jakiego powodu kobiety mają inny niż mężczyźni stosunek do seksu, bez względu na kulturę?

Przyparci do muru „specjaliści” ostatecznie musieli ujawnić podstawy swoich „rewolucyjnych odkryć”. Kamera zarejestrowała odpowiedzi w rodzaju: „Moje podstawy są nie tyle naukowe, co teoretyczne”, albo: „Nauki humanistyczne powinny kwestionować utarte pojmowanie biologiczne”.
Film obnażył brak jakichkolwiek podstaw naukowych dla tej „nauki”, którą już także w Polsce „studiuje się” na ośmiu uniwersytetach.

Film Haralda Eia przyczynił się do zamknięcia finansowanego przez państwo Nordyckiego Instytutu Gender Studies na Uniwersytecie Oslo. Nie do przecenienia są skutki, jakie nastąpiły w świadomości społecznej Norwegów”.

sobota, 7 stycznia 2017

Abortowany papież, a Boże plany

„[Po San Giovani Rotondo] oprowadzał nas Polak, ojciec kapucyn, który zwrócił uwagę na coś, nad czym się wcześniej nie zastanawiałam. Opowiadał on wiele historii z życia ojca Pio, o których wcześniej słyszałam, ale o jednej z nich – nie.
Przychodzi kobieta do spowiedzi do ojca Pio i spowiada się z grzechu aborcji. O. Pio pyta się:
- ‘Coś zobaczyłaś, tak?’
- ‘Tak’ – odpowiada kobieta.
- ‘Papieża, tak?’
- ‘Tak’ – odpowiada znowu kobieta – ‘zobaczyłam papieża’.
- ‘A popatrzyłaś w twarz tego papieża?’
- ‘Tak, był bardzo podobny do mnie’.
- ‘Tak, w planach Bożych ten twój syn, którego zabiłaś, miał być papieżem’.
Byłam zaskoczona, bo w swojej naiwności, za którą od razu przeprosiłam Pana Boga, wyobrażałam sobie, że Pan Bóg ma plany [tylko] w stosunku do tych ludzi, którzy się urodzili. Nic podobnego! Pan Bóg miał plany w stosunku do każdego człowieka, także w stosunku do tych ludzi, których my, jako ludzkość, zabiliśmy”. (prof. Maria Ryś, UKSW)


piątek, 16 grudnia 2016

Chrzest był pomysłem Jana Chrzciciela?

„W Adwencie słyszymy w Liturgii o Janie Chrzcicielu i o chrzcie, jakiego udzielał. Chrzest Janowy był natchnieniem z nieba czy może istniał już w jakieś formie przed Chrzcicielem?

Takie zapytanie otrzymałem niedawno. Nie znałem odpowiedzi na to pytanie, dlatego postanowiłem jej poszukać. Myślę, że jest czymś oczywistym, iż chrzest Janowy i całe jego posłannictwo było odpowiedzią na natchnienie z nieba. Ale pytanie pozostaje, czy istniał już chrzest w jakieś formie przed największym pośród narodzonych z niewiasty. Kiedy przychodzą do niego kapłani i lewici wysłani z Jerozolimy, aby zapytać go, czy jest Mesjaszem, Eliaszem lub oczekiwanym prorokiem, zadają mu też takie pytanie: «Czemu zatem chrzcisz, skoro nie jesteś ani Mesjaszem, ani Eliaszem, ani prorokiem?» (J 1,25 BT). Warto tu zwrócić uwagę, że wysłannicy nie pytają: „Co to za pomysł z tym chrztem? Dlaczego wprowadzasz nieznane nam praktyki?”, ale „Kto ci dał prawo to czynić?”. To pytanie zdaje się potwierdzać ówczesne przekonanie, że Mesjasz, Eliasz, gdyby przeszedł powtórnie, i obiecany w Pwt 18,15-19 prorok mieliby prawo udzielać chrztu. A skoro Jan zaprzeczył, że nie jest żadnym z nich, pojawia się pytanie, dlaczego to czyni.

Protestancki autor Leon Morris tak komentuje J 1,25:
„(…) Ponieważ Jan jasno stwierdza, że nie jest Mesjaszem lub osobą mesjaniczną, dlaczego chrzci? Chrzest nie był nową praktyką w judaizmie. Był zwykłym rytem inicjacji konwertytów z innych religii. Kiedy taka konwersja miała miejsce, członkowie rodziny płci męskiej byli obrzezani, a wszyscy obojga płci przyjmowali chrzest. Ryt ten był pojmowany jako ceremonialne usunięcie wszelkiego rodzaju brudu zaciągniętego w pogańskim świecie. Nowością chrztu Janowego i ościeniem tej praktyki był fakt, że praktykował wobec żydów ryt, który był uważany za odpowiedni dla pogan wchodzących do judaizmu. Żydzi byli gotowi zaakceptować punkt widzenia, że poganie byli zbrukani i wymagali oczyszczenia. Ale włożyć żydów do tej samej grupy było czymś, przed czym się wzdrygali. Żydzi już byli przecież ludem Bożym. To prawda, że na podstawie pewnych fragmentów ST niektórzy ludzie oczekiwali chrztu u zarania epoki mesjańskiej (Ez 36,25; Za 13,1), ale Jan zaprzeczył, że jest Mesjaszem”.[1]



[1] Morris, L. (1995). The Gospel according to John (p. 123). Grand Rapids, MI: Wm. B. Eerdmans Publishing Co.