Szukaj na tym blogu

wtorek, 9 maja 2017

Muzułmanie nawrócą się w sposób, którego nikt się nie spodziewa

Nienawiść krajów muzułmańskich wobec Zachodu staje się obecnie nienawiścią wobec chrześcijaństwa. Istnieje poważne zagrożenie, że doczesna siła islamu powróci, a wraz z nim powróci niebezpieczeństwo, iż pokona on Zachód, który przestał być chrześcijański, aby utwierdzić się jako wielka antychrześcijańska siła w świecie. Muzułmańscy pisarze mówią: Gdy szarańcza obsiądzie czarną chmarą niezmierzone kraje, będzie ona niosła na skrzydłach te oto arabskie słowa: jesteśmy tłumem Boga, każdy z nas ma dziewięćdziesiąt dziewięć jaj, a gdybyśmy mieli ich sto, spustoszylibyśmy świat wraz ze wszystkim, co się na nim znajduje.

Pytanie brzmi: W jaki sposób powinniśmy zapobiec wykluciu z setnego jaja? Jestem mocno przekonany, że obawy dotyczące muzułmanów nie ziszczą się, lecz że wyznawcy islamu nawrócą się w końcu na chrześcijaństwo i stanie się to w sposób, którego nie spodziewają się nawet nasi misjonarze. Wierzę, że stanie się to nie poprzez bezpośrednie głoszenie nauki chrześcijańskiej, lecz przez wezwanie muzułmanów do oddawania czci Matce Boga. Oto moja linia argumentacji:

Koran, który jest świętą księgą muzułmanów, zawiera wiele ustępów dotyczących Najświętszej Dziewicy. Przede wszystkim Koran wierzy w Jej Niepokalane Poczęcie i w dziewicze narodzenie Jezusa. Trzecia sura Koranu sytuuje historię rodu Maryi w genealogii, która sięga do czasów Abrahama, Noego i Adama. Gdy porównamy opis narodzin Maryi w Koranie z apokryficzną ewangelią narodzin Maryi, można pokusić się o wniosek, że Mahomet bardzo mocno opierał się o to ostatnie źródło. Obie księgi opisują zaawansowany wiek i niewątpliwą bezpłodność matki Maryi. Gdy Anna zachodzi w ciążę, mówi ona według Koranu: O, Panie, ślubuję i poświęcam Ci to, co już jest we mnie. Przyjmij to ode mnie*.

Gdy Maryja przychodzi na świat, jej matka mówi: Oddaję ją z całym jej potomstwem pod Twoją opiekę, o Panie, przeciw szatanowi!

(…) Koran zawiera również wersety poświęcone Zwiastowaniu, Nawiedzeniu i Narodzeniu. Aniołowie przedstawieni są jako towarzysze Matki Najświętszej, którzy mówią do Niej: O, Maryjo, Bóg Cię wybrał i oczyścił i wywyższył Cię ponad wszystkie niewiasty na ziemi. W dziewiętnastej surze Koranu znaleźć można czterdzieści jeden wersetów poświęconych Jezusowi i Maryi. Obrona dziewictwa Maryi zawarta w Koranie jest tak silna, że w czwartej księdze potępia on żydów za ich potworne oszczerstwa przeciwko Dziewicy Maryi.

Maryja jest zatem dla muzułmanów prawdziwą Sayyidą, czyli Panią. Jej jedyną ewentualną poważną rywalką w ich wyznaniu wiary mogłaby być Fatima, córka samego Mahometa. Lecz po śmierci Fatimy Mahomet napisał: Będziesz w raju najbardziej błogosławioną spośród niewiast, zaraz po Maryi. W innej wersji tego tekstu w usta Fatimy włożone są słowa: Przewyższam wszystkie kobiety, z wyjątkiem Maryi.

W ten sposób dochodzimy do drugiej kwestii, a mianowicie pytania, dlaczego Najświętsza Maryja Panna objawiła się w niepozornej wiosce Fatima, aby przyszłe pokolenia znały Ją jako Matkę Boską z Fatimy. Ponieważ wszystko, co przychodzi z Nieba, cechuje się niesłychanym dopracowaniem szczegółów, wierzę, że Maryja wybrała imię Matki Boskiej z Fatimy, jako dowód i znak nadziei dla muzułmanów i jako zapewnienie, że ci, którzy okazują Jej tak wiele szacunku, pewnego dnia uznają również Jej Boskiego Syna.

Dowody na poparcie tej tezy znaleźć można w faktach historycznych; muzułmanie przez stulecia okupowali Portugalię. W czasie, gdy wreszcie zostali oni wypędzeni, ostatni dowódca muzułmański miał piękną córkę o imieniu Fatima. Zakochał się w niej katolicki chłopak, i dla niego nie tylko została ona w Portugalii, ale przyjęła też wiarę. Młody mąż był w niej tak zakochany, że zmienił nazwę miasteczka, w którym żył i nazwał je Fatima. I tak oto miejsce, w którym Maryja objawiła się w 1917 r., jest historycznie powiązane z Fatimą, córką Mahometa.

Ostateczny dowód związków Fatimy z muzułmanami przejawia się w entuzjastycznym przyjęciu statuy Matki Bożej Fatimskiej przez wyznawców islamu podczas jej peregrynacji po krajach Afryki i w Indiach. Muzułmanie brali udział w nabożeństwach katolickich, aby uczcić Najświętszą Maryję Pannę, zezwolili na procesje religijne i nawet na to, aby modlitwy odmawiane były przed meczetami; w Mozambiku muzułmanie zaczęli nawracać się na chrześcijaństwo, gdy tylko wzniesiono tam pomnik Matki Bożej Fatimskiej.

Misjonarze w przyszłości będą coraz lepiej rozumieć, że sukces ich apostolatu wśród muzułmanów będzie uzależniony od stopnia, w jakim będą oni nauczali o Matce Boskiej Fatimskiej. Maryja jest adwentem Chrystusa, ponieważ przyniosła Ona ludziom Chrystusa, zanim się On narodził. W każdym wysiłku apologetycznym zawsze najlepiej jest zacząć od tego, co ludzie już akceptują. Ponieważ muzułmanie mają nabożeństwo do Maryi, nasi misjonarze powinni zadowolić się szerzeniem i rozwijaniem tego nabożeństwa, zdając sobie w pełni sprawę z tego, że Maryja sama dalej poprowadzi muzułmanów do swego Boskiego Syna. Jest ona odwieczną zdrajczynią w tym sensie, że nigdy nie zatrzymuje dla siebie skierowanego do Niej nabożeństwa, lecz zawsze doprowadza Ona tych, którzy mają do Niej nabożeństwo, do Jej Boskiego Syna. Podobnie jak Ci, którzy tracą nabożeństwo do Niej, tracą wiarę w boskość Chrystusa, tak i ci, którzy wzmacniają nabożeństwo do Maryi, stopniowo umacniają się w tej wierze.

Wielu spośród naszych wielkich misjonarzy udało się dzięki czynom miłosierdzia, dzięki szkołom i szpitalom, przełamać gorzką nienawiść i uprzedzenia żywione przez muzułmanów wobec chrześcijan. Pozostaje zatem zastosować inny sposób, a mianowicie wziąć czterdziestą pierwszą surę Koranu i pokazać muzułmanom, że została ona zapożyczona z Ewangelii św. Łukasza, że nawet w ich oczach Maryja nie mogłaby być najbardziej błogosławioną spośród wszystkich niewiast w niebie, gdyby nie zrodziła Ona tego, który był Zbawicielem świata. Skoro Judyta i Estera ze Starego Testamentu były prefiguracją Maryi, jest też możliwe, że Fatima miała być Jej postfiguracją. Powinno się zatem przygotowywać muzułmanów do uznania faktu, że skoro Fatima – pod względem oddawanej jej czci – musi ustąpić miejsca Matce Bożej, jest tak, ponieważ Maryja różni się od wszystkich innych matek na świecie i ponieważ bez Chrystusa byłaby Ona nikim.

Arcybiskup Fulton J. Sheen
Źródło: The World’s First Love, 1953r., str.205-209

Abp Fulton J. Sheen (właśc. Peter John Sheen), ur. 1895, zm. 1979. Amerykański duchowny katolicki. Pochodził z bardzo religijnej rodziny. Wykładał na Katolickim Uniwersytecie Ameryki w Waszyngtonie. Szeroki rozgłos zyskał jako kaznodzieja, rekolekcjonista i nauczyciel. Od roku 1930 prowadził audycję radiową pt. „The Catholic Hour”, której słuchało 4 miliony Amerykanów. Pod wpływem jego nauk nawróciło się wiele osobistości. W roku 1951 został biskupem pomocniczym Nowego Jorku. W latach 1951-57 oraz 1961-68 prowadził cotygodniowy program telewizyjny pt. „Life is Worth Living”. Audycja biła rekordy popularności. W roku 1966 został biskupem Rochester. Do końca życia znany jako płomienny mówca, a kazania które głosił przyciągały tłumy. Napisał 66 książek i wiele artykułów. Zmarł 9 grudnia 1979 w swojej kaplicy przed Najświętszym Sakramentem. W roku 2002 otwarto jego proces beatyfikacyjny. W czerwcu 2012 Ojciec Święty Benedykt XVI zatwierdził dekret o heroiczności cnót arcybiskupa. Od tego momentu przysługuje mu tytuł Czcigodnego Sługi Bożego.
***
Powyższy tekst pochodzi ze strony: http://apostolowiemaryi.pl

czwartek, 4 maja 2017

Łatwiej jest nawrócić mordercę niż apostatę

Łatwiej jest nawrócić mordercę niż apostatę


Kilka tygodni temu otrzymałem pytanie: Jak rozumieć Hbr 6, 4-6?
„Nie można bowiem tych - którzy raz zostali oświeceni, a nawet zakosztowali daru niebieskiego i stali się współuczestnikami Ducha Świętego, zakosztowali również wspaniałości słowa Bożego i mocy przyszłego wieku, a jednak odpadli - odnowić ku nawróceniu”. (Hbr 6, 4-6 BT)
Według natchnionego autora: Nie można „odnowić ku nawróceniu” tych, którzy: „zostali oświeceni” (aluzja do tych, którzy otrzymali chrzest), „zakosztowali daru niebieskiego” (jedni widzą tu aluzję do Eucharystii, inni do łaski), „stali się współuczestnikami Ducha Świętego” (zwykłą drogą otrzymania Ducha Świętego jest sakrament bierzmowania); „zakosztowali również wspaniałości słowa Bożego” (którego centrum stanowi przesłanie o odkupieńczej męce, śmierci i zmartwychwstaniu Pana Jezusa) „i mocy przyszłego wieku” (zadatek przeszłego zmartwychwstania, którego wierni doświadczają już teraz przez to, że Chrystus zmartwychwstały żyje w ich sercach (por. KKK 655)).
Dwie interpretacje Hbr 6, 4-6
Jest to bardzo trudny do interpretacji fragment Hbr, jeden z najtrudniejszych w całym Piśmie św. Istnieje wiele prób wyjaśnienia tego tekstu. Komentatorzy zwracają uwagę, że greckie słowo „adynaton” (niemożliwy) występuje w Hbr jeszcze w innych miejscach. I tak: „Niemożliwe jest, żeby skłamał Bóg” (6, 18); „Niemożliwe jest, aby krew cielców i kozłów usuwała grzechy” (10, 4); „Niemożliwe jest, aby bez wiary podobać się Bogu” (11, 6). W tych trzech zdaniach słowo „adynaton” jest użyte do wyrażenia zawsze obowiązującej prawdy. A w Hbr 6, 4? Średniowieczny egzegeta franciszkański Mikołaj z Liry i Erazm z Rotterdamu tłumaczyli ten werset: „Jest czymś bardzo trudnym odnowić apostatę”. Oznacza to, że wiedzieli w tym zdaniu hiperbolę. Zaś św. Tomasz z Akwinu odniósł „adynaton” do [ponownego] chrztu: „Niemożliwe jest przez ponowny chrzest odnowić tych, którzy odpadli od wiary”:
„291. – Następnie mówiąc: ‘A [jednak] odpadli’ wskazuje na trudność powstania po upadku. Tutaj trzeba zaznaczyć, że nie mówi ‘odpadli’, ale ‘odpadli całkowicie’, ponieważ, gdyby upadli moralnie, powstanie nie powinno być tak trudne: ‘Bo prawy siedmiokroć upadnie i wstanie’ (Prz 24, 16 BT). A jeśli apostoł powiedział, że niemożliwe, aby ci, którzy całkowicie upadli, powstali ponownie, to znaczy, że chciał przez to powiedzieć, że bardzo (ekstremalnie) trudno jest powstać, zarówno z powodu grzechu, jak i z powodu diabelskiej pychy, tym, którzy upadli całkowicie. Ale ponieważ mówi, że ci, którzy raz odpadli, nie mogą zostać odnowieni przez pokutę, a przecież nie ma takiego grzechu na świecie, z którego nie można się nawrócić, musi być inne wytłumaczenie.
Trzeba tu wspomnieć, że dla pewnego Nowacjana, kapłana Kościoła w Rzymie, stało się to okazją do błędu. Bo oświadczył, że nikt nie może powstać do pokuty po chrzcie św. Lecz ta opinia jest fałszywa, jak Atanazy pisze w liście do Serapiona, ponieważ sam Paweł przyjął Koryntian, którzy popełnili kazirodztwo, jak widać to w 2 Kor 2; i podobnie w Ga 4, 19, ponieważ mówi: ‘Dzieci moje, oto ponownie w bólach was rodzę, aż Chrystus w was się ukształtuje’. Dlatego trzeba to rozumieć, jak św. Augusty mówi, że nie oznacza to, iż nie można nawrócić się przez pokutę, ale że jest niemożliwe odnowienie przez ponowny chrzest, to jest: ‘przez obmycie odradzające i odnawiające w Duchu Świętym’ (Ti 3, 5). Bo człowiek nigdy nie może nawrócić się przez ponowne przyjęcie chrztu. Św. apostoł mówi to, bo zgodnie z Prawem żydzi wielokrotnie przyjmowali chrzest (tzn. różnego rodzaju obmycia rytualne, uwaga PK), jak jest to pokazane u Marka 7, 4 (‘obmyją’ – w oryginale ‘baptisontai’, słowo, które odnosi się także do chrztu – uwaga PK). Dlatego apostoł mówi to, aby usunąć ten błąd”. (św. Tomasz z Akwinu, „Komentarz do Listu do Hebrajczyków”)
Która z tych interpretacji jest właściwa?
Obydwie. Bo słusznym jest twierdzenie, że nie można odzyskać łaski przez ponowny chrzest, ale taż prawdziwym jest zdanie, że czymś ekstremalnie trudnym jest przywieść apostatę do nawrócenia. Jest tu pewne podobieństwo do człowieka, który przez egzorcyzm zostaje uwolniony od szatana, a następnie na nowo wzięty w posiadanie: stan takiego człowieka staje się gorszy niż był wcześniej, a może nawet siedem razy gorszy (Mt 12, 43-45). Ale dla Pana nie jest problemem wyrzucić z człowieka wszystkie złe duchy, niezależnie od tego, czy jest ich siedem (Łk 8, 2) czy też cały legion (Mk 5, 1nn). Tyle, że nawrócenie nie zależy tylko od Pana, ale także od człowieka. Człowiek przez powrót do grzechu zatwardza swoje serce, tzn. czyni je mniej otwartym na ponowne przyjęcie łaski Bożej. W takich przypadku potrzeba więcej modlitwy i ofiary, aby przełamać ów opór serca. Poniższe przykłady na podstawie tekstów św. Teresy od Dzieciątka Jezus pokazują różną receptywność modlitwy o nawrócenie ludzi uwikłanych w grzech. Pierwszym z dwóch nawróconych grzeszników, za których modliła się św. Teresa, był Pranzini:
Nawrócenie mordercy
„Aby pobudzić moją gorliwość, Dobry Bóg pokazał mi, że miłe są Mu moje pragnienia. — Słyszałam kiedyś jak rozmawiano o wielkim zbrodniarzu, który miał być skazany na śmierć za straszne morderstwa; wszystko wskazywało na to, że umrze nie okazując żalu. Chciałam za wszelką cenę nie dopuścić do tego, by poszedł do piekła, i wykorzystałam w tym celu wszystkie dostępne mi środki. Mając świadomość, że sama z siebie nic nie mogę, ofiarowałam Dobremu Bogu wszelkie nieskończone zasługi Naszego Pana, skarby Kościoła Świętego, wreszcie poprosiłam Celinę, by zamówiła Mszę św. w moich intencjach, sama bowiem nie śmiałam tego uczynić w obawie, aby nie być zmuszoną do przyznania się, że to za Pranziniego, wielkiego zbrodniarza. Także i Celinie nie chciałam o tym mówić, ale ona tak czule i tak natarczywie mnie pytała, że powierzyłam jej moją tajemnicę; nie tylko mnie nie wyśmiała, ale jeszcze obiecała pomóc mi w nawróceniu mego grzesznika, co też przyjęłam z wdzięcznością, chciałam bowiem, by wszystkie stworzenia zjednoczyły się ze mną w celu uzyskania łaski dla winnego. W głębi serca czułam pewność, że moje pragnienia będą zaspokojone, niemniej, chcąc na przyszłość dodać sobie odwagi do modlitwy za grzeszników, mówiłam Dobremu Bogu, że ufając niezłomnie nieskończonemu miłosierdziu Jezusa, jestem najzupełniej pewna, iż przebaczy biednemu nieszczęśnikowi Pranziniemu i wierzyć w to będę nawet wtedy, gdyby nie wyspowiadał się i nie okazał żadnego znaku skruchy, jednak o ten znak proszę, proszę jedynie dla zwykłej mojej pociechy... Moja modlitwa została wysłuchana dosłownie! Mimo że Tatuś zabronił nam czytania jakichkolwiek dzienników, nie uważałam za nieposłuszeństwo czytanie fragmentów dotyczących Pranziniego. Nazajutrz po jego egzekucji wpadł mi w ręce dziennik: “La Croix”.Otworzyłam go pośpiesznie i co zobaczyłam... Ach! łzy zdradziły moje wzruszenie i byłam zmuszona pójść się ukryć... Pranzini  bez spowiedzi wstąpił na szafot i gotował się do włożenia głowy w ponury otwór, gdy nagle, poruszony niespodziewanym natchnieniem, obrócił się, chwycił Krucyfiks podany mu przez kapłana i trzykroć ucałował jego święte rany!... Potem jego dusza poszła przyjąć miłosierny wyrok Tego, który zapewniał, że w Niebie będzie większa radość z jednego grzesznika czyniącego pokutę, aniżeli z dziewięćdziesięciu dziewięciu sprawiedliwych, którzy pokuty nie potrzebują!...” ( Por. Łk 15, 7). („Dzieje duszy”)
Pranzini był mordercą. W nocy z 16. na 17. marca 1887 roku zasztyletował dwie kobiety i 11-letnie dziecko. Jego proces, zaczęty 9. lipca, zakończył się 13 tegoż miesiąca wyrokiem śmierci. Wyrok wykonano 31. sierpnia. Teresa miała wtedy 14 lat. „To mój pierwszy syn” – zawołała, kiedy przeczytała w gazecie, że morderca przed śmiercią pocałował krzyż. To był ten znak, który przekonał ją, że jej kilkudniowe lub najwyżej kilkutygodniowe modlitwy zostały wysłuchane. Za drugiego z grzeszników modliła się o wiele dłużej, przynajmniej kilka lat; Pranzini był mordercą, ten drugi nikogo nie zabił; w modlitwie o nawrócenie mordercy Tereskę wspomagała Celina, o nawrócenie tego drugiego modliła się nie tylko ona, ale także wiele sióstr karmelitanek, które czyniły to już wtedy, kiedy Tereski nie było jeszcze na świecie.
Bardzo trudno jest nawrócić kapłana odstępcę
W roku 1888 r. św. Teresa wstępuje do Karmelu, aby, jak pisze: ‘zbawiać dusze i modlić się za kapłanów’. Jednym z nich był urodzony w r. 1827 Karol (Charles) Loyson. Wstąpił do zgromadzenia św. Sulpicjusza, w r. 1851 wyświęcony na kapłana. Wykładał filozofię w Avignon i teologię w Nantes. Przez kilka miesięcy w roku 1859 był dominikaninem, aby następnie wstąpić do zakonu karmelitów. W zakonie znany jak o. Jacek (Hyacinthe). Był prowincjałem, cenionym kaznodzieją i teologiem. Zerwał z Rzymem w 1869 r. z powodu przygotowywanego dogmatu o nieomylności papieskiej, który został ogłoszony w czasie obrad Soboru Watykańskiego I. Ekskomunikowany został jeszcze w tym samym roku (1869). W 1872 ożenił się z Emily Butterfield Meriman, dobrze sytuowaną wdową z Ameryki; następnie został pastorem liberalnych katolików w Genewie. W r. 1889 w Paryżu założył „Katolicki Kościół Gallikański”.
26. kwietnia 1891 pisze św. Teresa z Karmelu do swojej cztery lata starszej siostry, która w tym czasie wciąż żyła w świecie (tzn. nie wstąpiła jeszcze do Karmelu, bo opiekowała się chorym ojcem aż do jego śmierci w 1894 r.):
„Celinko, na obczyźnie ziemia rodzi dla nas jeno dzikie rośliny i ciernie, ale czyż nie jest to cząstka dana również boskiemu naszemu Oblubieńcowi? Och! jakże piękna jest także dla nas ta cząstka nasza... A kto tam powie, co gotuje nam wieczność?... Celinko najdroższa, Ty zadawałaś mi tyle pytań, gdy byłyśmy małe; dziwię się, że nie zapytałaś się nigdy: ‘Ależ dlaczego Pan Bóg nie stworzył mnie aniołem?’ Ach! Celinko, powiem Ci, co myślę: Jeżeli Jezus nie stworzył Cię aniołem w Niebie, to dlatego bo chciał, żebyś była aniołem ziemskim; tak, Jezus chce mieć tutaj dwór niebieski podobnie jak na wysokościach! Chce aniołów-męczenników, aniołów-apostołów i w tej intencji stworzył mały kwiatek nieznany, który nazywa się Celina. Jezus chce, by ten mały kwiatek ratował dla Niego dusze; aby to osiągnąć, domaga się jednego tylko: by kwiatek cierpiąc męczeństwo, spoglądał na Niego... A ta tajemnicza wymiana spojrzeń Jezusa z Jego małym kwiatkiem dokona istnych cudów, przywróci Jezusowi mnóstwo innych kwiatów (zwłaszcza pewną lilię zwiędniętą i skalaną, którą przemienić należy w różę miłości, serdecznego żalu i skruchy)”.[1]
Kim jest owa „lilia zwiędnięta i skalana”? To określenie św. Teresy odnoszące się właśnie do byłego karmelity ojca Jacka Loysona, o którego nawrócenie modliła się razem z Celiną. Jej list z 8. lipca tego samego roku zawiera wiele interesujących szczegółów:
“(…) Ach, co to za wygnanie, jakim wygnaniem jest ziemia, zwłaszcza w godzinach, kiedy wydaje się, że wszystko nas zawiodło i opuściło… Ale właśnie takie momenty są cenne, to właśnie wtedy wschodzi dzień zbawienia; tak, droga Celino, jedynie cierpienie rodzi dusze dla Jezusa. … Czy to zadziwiające, że jesteśmy tak uprzywilejowane, my, których jedynym pragnieniem jest zbawić duszę, który wydaje się być zgubioną na wieki? … Szczegóły zainteresowały mnie bardzo, powodując jednocześnie szybkie bicie mojego serca. A ja ze swej strony dodam inne szczegóły, które nie zawierają pociechy w najmniejszym stopniu. Ten nieszczęśliwy syn marnotrawny pojechał do Coutances, gdzie od początku zaczął konferencje, które wygłosił w Caen. Wydaje się, że w ten sposób chce podróżować po całej Francji… Celino… I przy tym wszystkim, piszą, że łatwo jest zauważyć, iż dręczony jest wyrzutami sumienia. Wchodzi do kościołów niosąc wielki Krucyfiks, i wydaje mu się, że dokonuje wielkich aktów adoracji… Jego żona chodzi za nim wszędzie. Droga Celino, on rzeczywiście jest winny, bardziej winny, niż jakikolwiek inny grzesznik, który został nawrócony. Ale czy Jezus nie może uczynić to, czego do tej pory jeszcze nie uczynił? A gdyby On tego nie chciał, czy włożyłby do serca swojej biednej oblubienicy pragnienie, którego miałby nie spełnić? Nie, to pewne, że On pragnie więcej niż my pragnąc przywieść biedną zagubioną owcę z powrotem do Owczarni. Przyjdzie jeszcze taki dzień, kiedy On otworzy jego oczy, i wtedy, kto wie, może będzie podróżował po całej Francji w całkowicie innym celu, niż ten, który mu przyświeca teraz? Nie ustawajmy w modlitwie; ufność dokonuje cudów. A Jezus powiedział do Błogosławionej Małgorzaty Marii: ‘Jedna prawa dusza ma taką moc nad moim Sercem, że może uzyskać przebaczenie dla tysiąca przestępców’. Nikt nie wie, czy dusza jest prawa (sprawiedliwa) czy grzeszna, ale Celino, Jezus daje nam łaskę odczuwania w głębi serca, że raczej wybrałybyśmy śmierć niż grzech; poza tym, to nie są nasze zasługi, ale naszego Oblubieńca, które stają się nasze, kiedy ofiarujemy je naszemu Ojcu, który jest w niebie, aby ten nasz brat, syn Błogosławionej Dziewicy, wrócił skruszony i powierzył się pod płaszcz najmiłosierniejszej z wszystkich Matek…”[2]
John Clark, wydawca listów św. Teresy, zaznacza w przypisie, że ową „duszą zagubioną na wieki” jest właśnie Ojciec Hyacinthe Loyson, mający wówczas 64 lata, przemierzający w tym czasie (lato 1891 r.) Normandię.
W innym przypisie Clark stwierdza, że szczegóły odnoszące się do Loysona, niewątpliwie zostały zebrane z miejscowej prasy: „Wśród gazet Teresy znaleźliśmy cztery wycinki z ‘La Croix du Calvados’, dodatku ‘La Croix de Paris’: wydania 9-16, 16-23 i 23-30 lipiec 1891, i 3-10 wrzesień. Artykuły bez podpisu albo podpisane Tete de Loup w sarkastyczny sposób atakowały ‘mnicha apostatę’. W trzecim wycinku widoczne jest delikatne podkreślenie piórem podobnym do tych używanych przez Teresę następującego zdania: ‘Jeśli Kościół (mówi Loyson) udowodni mi, że się mylę, z zadowoleniem uznam mój błąd i ponownie zajmę miejsce w jedności chrześcijan’.
W styczniu 1911 Karmel wysłał Ojcu Loysonowi ‘Dzieje duszy’. 5. lutego podziękował im za ‘piękną książkę zawierającą Życie i Wiersze Siostry Teresy od Dzieciątka Jezus i Świętego Oblicza, zakonnicy Karmelu w Lisieux. Niektóre uwagi zapisane piórem wskazują, że ta piękna dusza ofiarowała Bogu swoje modlitwy i cierpienia w intencji tego, co nazwała „moim nawróceniem”, to jest mojego posłuszeństwa naukom nałożonym przez Papieża na sumienia, które oddają się w jego ręce… Bardzo zależy mi na przekazaniu Wam, że czuję się wzruszony z powodu wielu rzeczy, które przeczytałem w tej książce. Muszę dodać, że dużo brakuje mi do bycia przekonanym, i nie mogę nie odnieść do Siostry Teresy tego, co św. Paweł powiedział o dobrych żydach, jego współczesnych i przeciwników: “Pałają żarliwością ku Bogu, nie opartą jednak na pełnym zrozumieniu” (Rz 10, 2). Mogę się mylić, Czcigodna Matko, pomyliłem się w moim życiu więcej niż raz, ale jestem przekonany, że tym, co Pan Bóg potępia w człowieku, nie jest błąd, jeśli towarzyszy mu pełne przekonanie, ale egoizm, pychę i nienawiść. Wierzę, że mogę powiedzieć w obliczu śmierci i przed Bogiem, że te nigdy nie były motywami w moim umyśle i moim życiu. Z wyrazami szczerego szacunku, Hyacinthe Loyson, były przełożony paryskiego Karmelu.’ (Genewa, 5. lutego, 1911, do Matki Przełożonej).
Siostra Genowefa odpowiedział mu 9. lutego 1911 r. (przybliżony szkic tego pisma jest wciąż w archiwum Karmelu). Następnie wznowiła korespondencję z nim 18. lipca, pisząc, że przesyła mu Artykuły sprawy Służebnicy Bożej. Ojciec Loyson odpowiedział jej osobiście, że ‘czuje się poruszony, ale nie wstrząśnięty’ argumentami korespondencji, i dodał: ‘Obiecuję przeczytać książkę Artykuły, którą Siostra mi przesłała. Na podstawie tego, co wiem o niej, Wasza dobra i heroiczna siostra nie jest kimś obcym dla mnie, i chociaż nie autoryzuję wszystkiego, co jej dotyczy, odczuwam dla niej podziw i jestem jej wdzięczny’ (Paryż, 21 lipca 1911 r.). Do listu dodał kopię innego swojego listu wysłanego 17. kwietnia 1911 r do karmelitów w Turynie, w którym powtórnie wyraził swoje przywiązanie to tego, ‘co jest prawdziwe, wielkie i owocne w tradycji św. Teresy z Avila, a nawet jeszcze bardziej w tej św. Jana od Krzyża’.
Umarł w Paryżu 9. lutego 1912 r. szepcząc: ‘Mój słodki Jezu!’”
Czy słowa te są znakami szczerego nawrócenia i ufnego powierzenia się Jezusowi w obliczu śmierci czy też kontynuacją pozorowanej pobożności? Wydaje się, że można przyjąć tą pierwszą odpowiedź. Jeśli tak, oznaczyłoby to, że modlitwa św. Teresy została w końcu wysłuchana. Trwała ta modlitwa i jej ofiary bardzo długo. Trudno powiedzieć, kiedy św. Teresa od Dzieciątka Jezus zaczęła modlić się za Karola Loysona, dawnego o. Jacka w zakonie karmelitów. Według świadectwa jej siostry Pauliny „Troska o jego nawrócenie wypełniała całe jej życie”[3]. Przynajmniej całe jej życie w Karmelu. W jego intencji Teresa przyjęła ostatnią w jej życiu Komunię św. 19. sierpnia 1897 r. To był dzień, w którym Kościół obchodzi wspomnienie św. Jacka, polskiego dominikanina żyjącego w XIII w., patrona kapłana, o którego nawrócenie się modliła. Modlitwa św. Teresy została ostatecznie wysłuchana wiele lat po zakończeniu jej ziemskiego życia.



[2] John Clark, St. Therese of Lisieux, „Letters of St. Therese of Lisieux, Vol. II”, p. 728-731

środa, 19 kwietnia 2017

Siła przykładu

„Jak małe pisklęta uczą się śpiewać, wsłuchując się w śpiew swych rodziców, podobnie i dzieci nabywają znajomości cnoty, tego wzniosłego śpiewu Miłości Bożej, przebywając w pobliżu dusz trudniących się ich wychowaniem.

Przypominam sobie, że wśród moich ptaszków znajdował się czyżyk, który zachwycająco śpiewał, miałam też maleńką makolągwę, którą opiekowałam się z ’macierzyńską’  troskliwością, ponieważ otrzymałam ją, zanim zdołała cieszyć się szczęściem wolności. Ten biedny mały więzień nie miał rodziców, którzy nauczyliby go śpiewać, ale od rana do wieczora słuchał czyżyka wywodzącego swoje trele i chciał go naśladować... Trudne to było przedsięwzięcie dla makolągwy; jej słaby głosik niełatwo upodabniał się do dźwięcznego głosu mistrza śpiewu. Uroczy widok przedstawiały wysiłki biednego maleństwa, które ostatecznie zostały jednak uwieńczone sukcesem, ponieważ jej śpiew, nie tracąc uroku swej wielkiej delikatności, stał się identyczny ze śpiewem czyżyka.” (św. Teresa od Dzieciątka Jezus, „Dzieje duszy”)

sobota, 8 kwietnia 2017

"Nie stawiajcie oporu złemu" (Mt 5, 39)

Nie tak dawno otrzymałem maila od młodego męża i ojca dwójki dzieci z pytaniem o prawo do obrony własnej i swojej rodziny w razie ataku. Jak to jest z nastawieniem drugiego policzka i miłością do nieprzyjaciół, o których mówi Jezus?
Od czterech lat mieszka w Belgii, wcześniej 10 lat mieszkał w Holandii. Widzi, że bezpieczeństwo w tych krajach pogorszyło się i wciąż się pogarsza także wskutek imigrantów, o których mówi, że „Boga się nie boją i gardzą nami”. Pisze: „Jakiś czas temu na mszy było czytanie,  że ludzie wierzący w Jezusa musza miłować swoich wrogów a nie tylko bliźnich, bo swoich bliźnich to i poganie miłowali, tym się mamy właśnie odróżniać, że przy dostaniu w policzek mamy nadstawić drugi, choć z nauczania KKK wynika, że życie pochodzi od samego Boga i jest wartością nadrzędna i człowiek ma prawo się bronić, siebie i swoja rodzinę a w razie zagrożenia życia, gdy nie ma innej sposobności może nawet zranić czy nawet zabić napastnika - to przykład ekstremalny”.

Słusznie, zgodnie z KKK mamy prawo do samoobrony i obrony innych:

Uprawniona obrona
KKK 2263 Uprawniona obrona osób i społeczności nie jest wyjątkiem od zakazu zabijania niewinnego człowieka, czyli dobrowolnego zabójstwa. "Z samoobrony... może wyniknąć dwojaki skutek: zachowanie własnego życia oraz zabójstwo napastnika... Pierwszy zamierzony, a drugi nie zamierzony (Św. Tomasz z Akwinu, Summa theologiae, II-II, 64, 7).

KKK 2264 Miłość samego siebie pozostaje podstawową zasadą moralności. Jest zatem uprawnione domaganie się przestrzegania własnego prawa do życia. Kto broni swojego życia, nie jest winny zabójstwa, nawet jeśli jest zmuszony zadać swemu napastnikowi śmiertelny cios:

Jeśli ktoś w obronie własnego życia używa większej siły, niż potrzeba, będzie to niegodziwe. Dozwolona jest natomiast samoobrona, w której ktoś w sposób umiarkowany odpiera przemoc... Nie jest natomiast konieczne do zbawienia, by ktoś celem uniknięcia śmierci napastnika zaniechał czynności potrzebnej do należnej samoobrony, gdyż człowiek powinien bardziej troszczyć się o własne życie niż o życie cudze (Św. Tomasz z Akwinu, Summa theologiae, II-II, 64, 7).

KKK 2265 Uprawniona obrona może być nie tylko prawem, ale poważnym obowiązkiem tego, kto jest odpowiedzialny za życie drugiej osoby. Obrona dobra wspólnego wymaga, aby niesprawiedliwy napastnik został pozbawiony możliwości wyrządzania szkody. Z tej racji prawowita władza ma obowiązek uciec się nawet do broni, aby odeprzeć napadających na wspólnotę cywilną powierzoną jej odpowiedzialności”.

Właściwie to pytający już znalazł odpowiedź na swoje pytanie. A jednak trochę dalej, po podaniu ekstremalnych przykładów przemocy, pisze: „Włos się jeży jak się to czyta. Ci ludzie to Belzebuby wcielone. Jak mam rozumieć w tym przypadku miłość do bliźniego? Czy Jezus także takich ludzi miał na myśli? Jak miałoby się to objawiać? Jak mam szanować kogoś, kto najchętniej ściąłby mi głowę a żonę zgwałcił? Być może to ja źle interpretuję to, co widzę, sam już nie wiem....”

Te wątpliwości są właściwie czymś normalnym dla kogoś, kto czuje się odpowiedzialny za swoją rodzinę i widzi zagrożenia, a na pewno nie są złe same w sobie, przynajmniej jak długo człowiek jest otwarty na przyjęcie wskazań Kościoła, nawet, jeśli niektóre z tych wymagań są trudne do wypełnienia. Ale kiedy porówna się tekst Katechizmu Kościoła Katolickiego ze słowami Pana zapisanymi w Ewangelii, to może pojawić się inna wątpliwość, którą można wyrazić pytaniem: Czy nie ma pomiędzy nimi sprzeczności? Ewangelia, do której nawiązuje pytający, została przeczytana 19. lutego, w 7. niedzielę zwykłą:

„Słyszeliście, że powiedziano: Oko za oko i ząb za ząb! A Ja wam powiadam: Nie stawiajcie oporu złemu. Lecz jeśli cię kto uderzy w prawy policzek, nadstaw mu i drugi! Temu, kto chce prawować się z tobą i wziąć twoją szatę, odstąp i płaszcz! Zmusza cię kto, żeby iść z nim tysiąc kroków, idź dwa tysiące! Daj temu, kto cię prosi, i nie odwracaj się od tego, kto chce pożyczyć od ciebie. Słyszeliście, że powiedziano: Będziesz miłował swego bliźniego, a nieprzyjaciela swego będziesz nienawidził. A Ja wam powiadam: Miłujcie waszych nieprzyjaciół i módlcie się za tych, którzy was prześladują; tak będziecie synami Ojca waszego, który jest w niebie; ponieważ On sprawia, że słońce Jego wschodzi nad złymi i nad dobrymi, i On zsyła deszcz na sprawiedliwych i niesprawiedliwych. Jeśli bowiem miłujecie tych, którzy was miłują, cóż za nagrodę mieć będziecie? Czyż i celnicy tego nie czynią? I jeśli pozdrawiacie tylko swych braci, cóż szczególnego czynicie? Czyż i poganie tego nie czynią? Bądźcie więc wy doskonali, jak doskonały jest Ojciec wasz niebieski”. (Mt 5, 38-48).

Wydaje się, że mamy tu sprzeczność pomiędzy Ewangelią, a KKK: Ewangelia zawiera wymagania Pana Jezusa stawiane wobec swoich uczniów, aby nie stawiali oporu złemu, nastawiali policzek, a w KKK czytamy o tym, że mamy prawo, a nawet obowiązek obrony swoich najbliższych i siebie samych. Jak wytłumaczyć i usprawiedliwić interpretację KKK dającą prawo do samoobrony?

Mark Twain powiedział: „Trzymaj się z dala od ludzi, którzy chcą zniszczyć albo pomniejszyć twoje marzenia i pragnienie wielkości. To mali ludzie tak postępują. Prawdziwie wielcy pragną twojej wielkości i przy nich czujesz, że i ty możesz stać się wielki”. Słowa Jezusa są przeciwieństwem postępowania „małych ludzi”. Pan wzywa do wielkości, która przewyższa możliwości człowieka. „Bądźcie więc wy doskonali, jak doskonały jest Ojciec wasz niebieski”. Mówiąc inaczej: „Bądźcie tak wielcy, jak wielki jest Ojciec wasz niebieski”. Pan Jezus od swoich uczniów wymaga więcej, niż kilka wieków wcześniej Pan Bóg wobec Izraela: „Bądźcie świętymi, bo Ja jestem święty, Pan, Bóg wasz!”. Pan Jezus chce nie tylko, żeby Jego uczniowie byli święci, doskonali czy wielcy, bo Ojciec jest święty, doskonały, wielki; to, co On pragnie, nieskończenie przewyższa to dawne wymaganie, bo Pan stawia swoim uczniom wymaganie, aby byli tak święci, doskonali, wielcy, jak Ojciec niebieski jest święty, doskonały, wielki. Czy to możliwe? Nie, to jest niemożliwe. Pan Jezus używa tu figury zwanej hiperbolą, od hyperbole z języka greckiego. W oryginale to słowo składa się ono z dwóch części składowych: hyper – „ponad”, i bole od ballein – „rzucać”. Czyli to to „rzut ponad”. Według ks. Remigiusza Popowskiego („Wielki słownik grecko-polski Nowego Testamentu”) hyperbole oznacza: „nadzwyczajność; nadmiar, zbytek, ogrom; stopień najwyższy”. Hiperbola polega na przesadzie, nadmiarze, dlatego niekoniecznie należy rozumieć ją dosłownie. Używamy tego środka wyrazu na co dzień: „Ta paczka waży chyba tonę”, „Piotr pędzi jak strzała”. Czy ktoś słyszący takie zdanie rozumie je dosłownie? Raczej nie, ale zrozumie, że wspomniana paczka musi być bardzo ciężka, a ktoś biegnie bardzo szybko.

Nie inaczej było dwa tysiące lat temu. Tego stylistycznego środka używali także rabini nauczający w czasach Jezusa. Nie jest to więc figura retoryczna, którą wymyślił Jezus, ale trzeba powiedzieć, że używał jej chętnie. „Nikogo też na ziemi nie nazywajcie waszym ojcem; jeden bowiem jest Ojciec wasz, Ten w niebie” (Mt 23, 9) jest hiperbolą, której nie należy rozumieć dosłownie. Bo gdyby dosłownie rozumieć słowa Pana, to trzeba stwierdzić, że nie stosowali się do nich Ewangeliści (Mt 4, 21), św. Paweł (Mt 4, 16), Matka Pana (Łk 2, 48), a nawet On sam (Łk 11, 11)[1]. Co oznaczają więc słowa Pana, który mówi do swoich uczniów, żeby nikogo na ziemi nie nazywali swoim ojcem? Oznaczają one, że Ojciec niebieski jest ojcem par excellence, czyli ojcem, z którym nie można porównać żadnego innego, choćby najlepszego ojca. Podobnie słowa Pana: „Jeśli kto przychodzi do Mnie, a nie ma w nienawiści swego ojca i matki, żony i dzieci, braci i sióstr, nadto siebie samego, nie może być moim uczniem” (Łk 14, 26) są hiperbolą. Pan Jezus nie nakazuje nam, żebyśmy kogokolwiek nienawidzili, a tym bardziej swoich najbliższych. Jego słowa oznaczają, że ten, kto chce być Jego uczniem, nie może kochać nikogo bardziej niż Jego samego (por. Mt 10, 37). Podobnie słowa o nastawianiu drugiego policzka są hiperbolą. W czasie męki uderzony Pan nie nastawił drugiego policzka, ale zapytał: „Dlaczego mnie bijesz?” (J 18, 22-23).

W hiperboli chodzi o pokreślenie prawdy, którą autor wyraża przez oczywisty nadmiar. Przesadą jest stawianie człowiekowi wymagań, żeby był jak Bóg. Ale wymaganie pozostaje. Jak rozumieć słowa Pana, żeby nie stawiać oporu złemu?

Dobrze to wyjaśnił M. Scott Peck w książce „The People of the Lie” („Kłamcy”). Autor opisuje przypadki zła jednostkowego (tzn. popełnianego przez pojedynczych ludzi) i grupowego (którego autorem jest mniejsza lub większa grupa ludzi). Jako przykłady zła jednostkowego Peck wypiera niektóre przypadki z własnej praktyki psychiatrycznej, zaś przykładem zła grupowego jest zbrodnia wojenna z MyLai z czasów wojny USA z Wietnamem. Niezależnie czy chodziło o zło, którego autorem jest pojedynczy człowiek czy grupa ludzi, w każdym z takich przypadków mamy do czynienia z kłamstwem, dlatego taki tytuł książki. Człowiek popełniający zło, zanim okłamie innych, okłamuje siebie samego. Życie w kłamstwie należy do istoty zła. Ale najciekawsze jest jej zakończenie. W ostatnim rozdziale zatytułowanym „Niebezpieczeństwo i nadzieja” („The Danger and the Hope”) autor pisze o niebezpieczeństwie zajmowania się złem, ale też i o nadziei jego pokonania. W jaki sposób jest to możliwe? Z punktu widzenia chrześcijanina odpowiedź Pecka jest oczywista: „Zło może być pokonane tylko przez miłość”; nie może być to walka skoncentrowana jedynie na złu. Dla uzasadnienia tego twierdzenia autor posługuje się cytatem z książki Aldousa Huxley’a „The Devils of Loudun”:

„Efekty stałej i intensywnej koncentracji na złu są zawsze katastrofalne. Tym, którzy organizują wyprawy krzyżowe nie dla Boga, lecz przeciw demonowi obecnemu w innych, nie udaje się uczynić świata lepszym. Albo zostawiają to takim, jakim był, albo czasami nawet znaczenie gorszym niż był przed ich wyruszeniem na wyprawę. Przez koncentrowanie się na złu przyczyniamy się, niezależnie od wzniosłości naszych intencji, do tworzenia okazji do manifestowania się zła. (…) Kto skupia swoją uwagą na złu, czy choćby na samej idei zła, nie może nie odczuć skutki tej koncentracji. Być bardziej przeciwko diabłu, niż dla Boga, jest skrajnie niebezpieczne”.[2] 

Jeśli walczymy ze złem starając się zniszczyć go w innych, to możemy nawet nie zauważyć, kiedy będziemy się starali zniszczyć ich samych. Efektem byłoby także zniszczenie dobra w nas samych. Nie można pokonać zła, przyjmując jego metody działania. Bo przyjmując sposoby działania zła, opowiadamy się po jego stronie. Jedynym sposobem, w jaki możemy pokonać zło, jest miłość.

„To brzmi tak prosto, że trzeba sobie zadać pytanie, dlaczego nie jest to prawda bardziej oczywista? Jednakże trzeba przyznać, że jakkolwiek prosto i jasno to brzmi, metodologia miłości jest trudna w praktyce i wymawiamy się od jej stosowania. W pierwszym momencie wydaje się to nawet niemożliwe. Bo jak kochać ludzi, którzy są źli? A jednak właśnie to jest to, co musimy czynić. (…)

Uzdrowić zło może tylko miłość jednostek. Wymagana jest ochotna ofiara. Indywidualny terapeuta musi zgodzić się na to, aby jego czy jej własna dusza stanie się polem bitwy. On czy ona musi ofiarniczo zaabsorbować zło w siebie.

Ale co uchroni tę duszę przez zniszczeniem? Jeśli ktoś przyjmie zło do własnego serca, niczym włócznię, czy może jego dobroć zostać zachowana? Nawet jeśli zło zostało pokonane, to czy razem z nim nie przestanie istnieć także dobro? Co zostałoby przez to osiągnięte poza pewnym kompromisem bez znaczenia?

Nie mogę odpowiedzieć na to pytanie inaczej niż posługując się językiem mistyki. Mogę powiedzieć tylko, że w takim przypadku dokonuje się jakaś tajemnicza alchemia, przez którą ofiara staje się zwycięzcą. Jak C. S. Lewis napisał: ‘Jeśli ochotna ofiara, która nie popełniła żadnej zdrady, została zabita w miejsce zdrajcy, Stół pęknie, a sama Śmierć zacznie działać w przeciwnym kierunku’.

Nie wiem, jak to się dzieje. Ale wiem, że tak właśnie jest. Wiem, że dobrzy ludzie mogą świadomie i dobrowolnie zgodzić się na to, że zostaną przeszyci złem innych – przez co zostają złamani, a jednak jakoś nie-złamani – nawet zabici w pewnym sensie, a jednak wciąż pozostają przy życiu i nie poddają się. Jeśli dzieje się coś takiego, to w tym momencie następuje małe przesunięcie w balansie sił na świecie” (M. Scott Peck, „People of the Lie”, str. 267, 269-270).

Czy to znaczy, że mamy szukać męczeństwa? Nie. Chrystus nakazał uciekać w obliczu prześladowań (Mt 10, 23). On sam poniósł męczeństwo, ale dopiero gdy przyszła Jego godzina. Wtedy nie stawiał oporu, nie bronił się. Ale wcześniej wymykał się zawsze z rąk prześladowców. Kiedy Jego rodacy chcieli Go zrzucić z góry, „przeszedłszy pośród nich oddalił się” (Łk 4, 30). Jak to zrobił? Używając siły fizycznej albo swej mocy Bożej. W każdym razie nie dał się zabić przed czasem. To samo można zauważyć u Jego pierwszych uczniów. Uciekali oni przed prześladowaniami, ale kiedy przyszedł ich czas, przyjmowali mękę i śmierć. Trzeba więc, żebyśmy i my żyli dla Pana, a jednocześnie byli gotowi dla Niego oddać życie.

„Pełnię miłości, którą winniśmy się, bracia najdrożsi, wzajemnie kochać, określił sam Pan mówiąc: ‘Nikt nie ma większej miłości od tej, gdy ktoś życie swoje oddaje za przyjaciół swoich’. Wniosek, jaki z tego wyciąga św. Jan Ewangelista w swoim Liście, jest następujący: ‘Jak Chrystus oddał za nas życie swoje, tak i my winniśmy oddać życie za braci’, miłując się wzajemnie tak, jak On nas umiłował i oddał za nas swoje życie. 

A oto co na ten temat czytamy w Księdze Przysłów Salomona: ‘Gdy z możnym do stołu usiądziesz, pilnie uważaj, co położono przed tobą, a wyciągając swoją rękę wiedz, że i ty musisz to samo przygotować’. Cóż jest stołem możnego, jeśli nie ten stół, skąd bierzemy Ciało i Krew Chrystusa, który oddał za nas swoje życie? A co znaczy zasiadać przy tym stole, jeśli nie przystępować doń z pokorą? Co oznacza uważać pilnie na potrawy, które kładą przed tobą, jeśli nie to, żeby godnie myśleć o tak wielkiej łasce? I cóż wreszcie znaczy wyciągać rękę i wiedzieć, że masz przygotować takie same potrawy, jeśli nie to, o czym już mówiłem, a mianowicie że Chrystus oddał za nas swoje życie, a więc że i my winniśmy oddać nasze życie za braci? Mówi bowiem św. Piotr Apostoł: ‘Chrystus cierpiał za nas, zostawiając nam przykład, abyśmy wstępowali w Jego ślady’. To oznacza przygotować takie same potrawy. Uczynili tak męczennicy płonąc gorącą miłością. Jeśli nie czcimy na próżno ich pamięci, to przystępując do stołu Pańskiego i biorąc udział w uczcie, którą i oni się sycili, trzeba, żebyśmy za ich przykładem przygotowali również, co należy”. (św. Augustyn, Komentarz do Ewangelii św. Jana)



[1] Wprawdzie Jezus poza Bogiem Ojcem nie nazywa nikogo swoim ojcem, ale na wielu miejscach używa tego słowa w odniesieniu do innych. To znaczy, że nie odnosił tego słowa wyłącznie do Ojca niebieskiego.
[2] Por. August Strindberg: „Kto zbyt długo walczy ze smokiem, w końcu staje się taki, jak on”. Friedrich W. Nietzsche: „Kto walczy z potworami, powinien się strzec, by walka nie uczyniła go jednym z nich”.

środa, 29 marca 2017

Co to znaczy, że złe duchy wierzą?

Zadziwić może fakt, o którym czytamy u św. Jakuba, że "złe duchy wierzą w Boga". Na czym polega ich wiara? Na przekonaniu, że Bóg jestWierzysz, że jest jeden Bóg? Słusznie czynisz - lecz także i złe duchy wierzą i drżą” (Jk 2, 19).

Św. Jakub pisze o tym w kontekście wiary i uczynków: wiara bez uczynków nie różni się w istocie od wiary, jaką mają demony: nie ma ona żadnej wartości zbawczej. Tylko wiara, która wyraża się w dobrych uczynkach, jest wiarą żywą i zasługującą na nagrodę. Tym nie mniej zadziwia stwierdzenie, że złe duchy wierzą. Co to właściwie znaczy? Jak się wydaje jedno: złe duchy nie oglądają Boga. Apostoł Narodów przeciwstawia te dwie rzeczywistości: wiarę i wpatrywanie się w Boże oblicze: „Albowiem według wiary, a nie dzięki widzeniu postępujemy” (2 Kor 5, 7). Złe duchy na podstawie wielu przesłanek są przekonane o istnieniu Boga, dlatego wierzą w istnienie Tego, którego nie widzą.

Złe duchy wierzą, że Bóg jest, wierzą w Jego sprawiedliwość, ale nie wierzą w Jego dobroć i miłosierdzie. Pan Jezus powiedział do św. Siostry Faustyny:

„+ O, jak bardzo Mnie rani niedowierzanie duszy. Taka dusza wyznaje, że jestem Święty i Sprawiedliwy, a nie wierzy, ze Jestem Miłosierdziem, nie dowierza Dobroci Mojej. I szatani wielbią sprawiedliwość Moją, ale nie wierzą w dobroć Moją.” („Dzienniczek”, 300)

Co więcej, nieuznanie Bożego miłosierdzia przez część aniołów stało się przyczyną ich upadku. Tak to widzi i opisuje w formie poetyckiej Apostołka Miłosierdzia:

Jeden z najpiękniejszych duchów, nie chciał uznać miłosierdzia Twego,
Pociąga za sobą innych, w swej pysze zaślepiony,
I staje się szatanem z Anioła tak pięknego,
l w jednym momencie z wyżyn nieba do piekieł strącony.
Wtem duchy wierne zawołały: Cześć miłosierdziu Bożemu,
I przetrwali szczęśliwie w próbie ognistej,
Cześć Jezusowi, Chrystusowi uniżonemu,
Cześć Matce Jego, Pannie pokornej, czystej.
Po walce tej pogrążyły się te czyste duchy w oceanie Bóstwa,
Rozważając, uwielbiają głębie miłosierdzia Jego,
Toną w Jego piękność i światłości mnóstwa,
               Poznając Troistość Osób, lecz Jedność Bóstwa (Dz 1742)  

środa, 15 marca 2017

Kapłaństwo serca

Historia, o której chcę opowiedzieć, wydarzyła się w jednym z pierwszych lat mojego kapłaństwa. Zostałem wezwany do szpitala do kobiety, która dzień wcześniej miała poród. Z wielkim entuzjazmem szedłem do wypełnienia powierzonego mi zadania i przygotowywałem się duchowo także do odwiedzin innych chorych. Po odwiedzinach matki z nowo narodzonym dzieckiem, byłem także w innych salach, żeby życzyć chorym dobrego dnia. W czasie tego obchodu podeszła do mnie dziewczyna i poprosiła, żebym przyszedł do jej chorej mamy i porozmawiał z nią: „Lekarz powiedział, że zrobił wszystko, co było w jego mocy…”

Chodziło o kobietę chorą na raka, której zostało niewiele życia. Idąc do niej nie miałem pojęcia, że tego dnia, właśnie w czasie tego spotkania otrzymam jedną z najważniejszej nauk na całe życie. „Chcę, żeby ksiądz mi pobłogosławił” – powiedziała kobieta. Miała zapadnięte oczy i była blada; choroba była widoczna w całym jej wyglądzie. Byłem przekonany, że Pan przyprowadził mnie w to miejsce, aby pocieszyć tą duszę.

W czasie spowiedzi i podczas udzielania sakramentu namaszczenia chorych po jej policzkach spływały obfite łzy. Wzruszała mnie myśl, że moje ręce w tym momencie były rękami Jezusa, które przynosiły pociechę ludziom w czasie Jego ziemskiego życia. Zanim wyszedłem z sali, żeby zawołać członków rodziny chorej, powiedziałem do niej cichym głosem: „Dzisiaj odwiedził Panią Jezus. Proszę Mu podziękować i nie smucić się już!”. „Chociaż jestem chora, uważam siebie za bardzo szczęśliwą” – odpowiedziała. Nie spodziewałem się takiej odpowiedzi. Nie wiedziałem, jak odpowiedzieć na jej słowa. Kiedy zauważyła, że byłem zmieszany, dodała: „Kiedy jeszcze byłam zdrowa, nigdy nie byłam tak szczęśliwa, jak teraz. Cierpiałam 37 lat z powodu mojego małżeństwa – mój mąż nie był mi wierny, i był uzależniony od alkoholu. Dużo się za niego modliłam i prosiłam Pana, aby go uwolnił od nałogu i odmienił jego życie. Po tym, jak zdiagnozowano moją chorobę, zauważyłam, że mój mąż był głęboko wstrząśnięty, i że coś się zaczęło zmieniać w jego wnętrzu. Kilka dni temu poprosił mnie o przebaczenie całego cierpienia, jakie mi zadał. Ale już dużo wcześniej zrozumiałam, że moja choroba uzdrowiła jego [chorobę]. Dzięki temu moje małżeństwo zostało uratowane!

Oprócz tego moja córka, ta, która zawoła Księdza, cierpiała z powodu ciężkich depresji. Często zamykała się na cały dzień w swoim pokoju, i nawet nie przychodziła na posiłki. Wielokrotnie usiłowała odebrać sobie życie. Jak często z różańcem w ręku prosiłam Boga o cud dla mojej córki! Ten cud wydarzył się rzeczywiście. Po tym, jak poddałam się leczeniu raka w klinice, moja córka wróciła do pełni zdrowia. Kiedy miałam badania lekarskie, towarzyszyła mi wszędzie, od jednego szpitala do drugiego. Kiedy czułam się przygnębiona, opowiadała mi zabawne historie, aby przez nie podnieść mnie na duchu. Zrozumiałam, że bardzo mnie kocha”.

Opowiadanie kobiety poruszyło mnie do głębi, a ona kontynuowała: „Ksiądz musi wiedzieć, że mój syn, który od piętnastu lat jest żonaty, był bardzo blisko decyzji o rozwodzie. Przeżywał kryzys wiary i zamierzał wystąpić z Kościoła, ale jego żona była temu przeciwna. Ta sytuacja spowodowała moje przygnębienie i była powodem, że byłam bardzo bliska rozpaczy, ponieważ pomimo cierpień zadanych mi przez męża nigdy nie myślałam o rozwodzie. Ponieważ szanowałam ich wolność, nie chciałam się wtrącać do ich małżeństwa. Zamiast tego bardzo często modliłam się w ich intencji. To, czego nie wyprosiły moje usta, uprosiła moja choroba. Od trzech miesięcy jest u nich znowu wszystko w najlepszym porządku. Odwiedzają mnie codziennie i razem odmawiamy różaniec. Mój syn odzyskał wiarę i nie myśli już o wystąpieniu z Kościoła.

Choroba przyszła więc w odpowiednim czasie… To był ten moment, który uratował moją rodzinę! Teraz mogę umrzeć w pokoju, dzięki błogosławieństwu otrzymanemu od Boga w sakramentach. Jestem pełna radości, bo moja rodzina poprzez moje cierpienie znalazła ratunek”.

Nie tylko studia w seminarium i święcenia kapłańskie nauczyły mnie, co to znaczy być kapłanem: Pan Bóg posłużył się umierającą kobietą, aby mi to pokazać. Teraz już dziesięć lat jestem kapłanem, ale wciąż bardzo wyraźnie pamiętam mądre słowa tej kobiety, którą Pan wziął do siebie.

Autorem powyższego świadectwa jest brazylijski kapłan Delton Alves de Oliveira Filho. Dzięki spotkaniu z umierającą kobietą poznał bardzo praktycznie, „co to znaczy być kapłanem”. I taki właśnie tytuł nosi to opowiadanie, które jest jednym ze stu świadectw księży z całego świata, zawartych w książce: „Das normale Wunder. 100 Glaubenszeugnisse von katholischen Priestern”. Być może sam autor zamieszczonego opowiadania, a może redaktorzy tej książki zatytułowali je w ten sposób. Ja jednak tłumacząc to opowiadanie z niemieckiego nazwałem je inaczej: „Kapłaństwo serca”. Dlaczego? Bo jak sądzę, właśnie przykład tej kobiety pokazuje, co to znaczy być kapłanem. Tak, to prawda, że ona była tą, która otrzymała sakramenty od kapłana. Jednak istota kapłaństwa bardziej objawiła się w tej umierającej kobiecie. Bo to ona swoją wytrwałą modlitwą, cierpieniem, i ostatecznie ofiarą z jej życia, przyczyniła się do przemiany jej rodziny. Kapłan, któremu opowiedziała historię swojego życia, pełni tu rolę świadka, ale nie świadka w sensie kogoś, kto swoimi słowami i czynami świadczy o kimś lub o czym, ale świadka, który coś widzi, słyszy i doświadcza. Kapłan ten stał się świadkiem jej życia. Dzięki zwierzeniom chorej na raka kobiety zrozumiał może nawet lepiej niż dzięki studiom, co to znaczy być kapłanem.

Kiedy tak o tym myślałem, przypomniała mi się św. Monika, która dzięki swoim łzom i wytrwałej modlitwie przyczyniła się do nawrócenia najpierw swojego męża, a potem syna. I nie byłoby św. Augustyna, gdyby nie łzy i modlitwa jego matki. Prawdopodobnie kobieta z tego opowiadania nie stanie się tak sławna, jak matka św. Augustyna. W tym opowiadaniu nie pojawia się nawet jej imię. Ale to nie jest decydujące. Dla Boga nie ma to znaczenia; dla Niego liczy się czysta intencja i miłość, a one były obecne w życiu tej bezimiennej kobiety z Brazylii, dzięki której córka doznała uzdrowienia, mąż i syn nawrócili się, a dwa małżeństwa zostały uratowane.
Rozmyślałem o tym przed Najświętszym Sakramentem. I wtedy przypomniał mi się też św. Franciszek i jego słowa, które wcześniej były dla mnie niezrozumiałe. Są to słowa z jednego z jego listów. Chodzi o te słowa poniżej, które zaznaczyłem tłustym drukiem. Przytaczam je w trochę większym kontekście:

Do brata N., ministra. Niech Pan cię błogosławi (por. Lb 6, 24a). Tak, jak umiem, mówię ci o sprawach twej duszy, że to wszystko, co przeszkadza ci kochać Pana Boga i jakikolwiek [człowiek] czyniłby ci przeszkody albo bracia lub inni, także gdyby cię bili, to wszystko powinieneś uważać za łaskę. I tego właśnie pragnij, a nie czego innego. I to przez prawdziwe posłuszeństwo wobec Pana Boga i wobec mnie, bo wiem na pewno, że to jest prawdziwe posłuszeństwo. I kochaj tych, którzy sprawiają ci te trudności. I nie żądaj od nich czego innego tylko tego, co Bóg ci da. I kochaj ich za to; i nie pragnij, aby byli lepszymi chrześcijanami. I nich to ma dla ciebie większą wartość niż życie w pustelni. (za: http://www.swanna.pl/prw/pisma/pisma_fr/list_do_min.html )

Dlaczego adresat listu ma „nie pragnąć”, aby sprawiający mu trudności stali się lepszymi chrześcijanami? Czyż nie jest to bardzo zbożne pragnienie? Co miał na myśli św. Franciszek? I właśnie dopiero ta historia chorej na raka kobiety opowiedziana przez brazylijskiego księdza pozwoliła mi znaleźć odpowiedź na to pytanie. Oczywiście pragnienie czyjegoś nawrócenia i uświęcenia jest czymś chwalebnym. Św. Franciszek nie chciał temu zaprzeczyć. Dlaczego więc to napisał? Jak sądzę z jednego powodu: Aby adresat jego listu pragnął najpierw swojego własnego nawrócenia i uświęcenia, a dopiero potem nawrócenia i uświęcenia innych. Akcent leży na słowie „najpierw”. Bo człowiek nawracający się przyczynia się do nawrócenia bliźnich, a uświęcony do uświęcenia swoich braci i sióstr. Historia zna wiele prób zmiany świata na lepsze, które zostały zapoczątkowane od próby zmiany innych, a kończyły się przelewem krwi. Tylko zaczynając od siebie może człowiek przyczynić się do pozytywnej przemiany świata. Odnosi się to do wszystkich, ale chyba w sposób szczególny właśnie do nas – kapłanów. 

środa, 11 stycznia 2017

Fim, który wysadził gender

Swego czasu portal Rebelya opublikował filmik, który pokazuje ignorancję tej ideologii. Na stronie gosc.pl można o nim przeczytać:

"Portal Rebelya zaprezentował film „Hjernvask” (Pranie mózgów) z polskimi napisami. Autorem filmu jest Harald Eia, znany w Norwegii komik, który w prosty sposób skompromitował w tym kraju ideologię gender. Pod wpływem tego filmu opinia publiczna w Norwegii, pozostająca wcześniej pod silnym wpływem genderowej propagandy, zaczęła dostrzegać nonsensy i absurdy tej pseudonauki.
Harald Eia, robiąc wrażenie laika, próbującego obalić mity na temat płci, rasy czy homoseksualizmu, pytał o te kwestie norweskich naukowców, filozofów czy dziennikarzy. Następnie udał się do światowej klasy badaczy z uniwersytetów brytyjskich i amerykańskich, specjalistów z dziedzin psychologii ewolucyjnej, genetyki behawioralnej i biologii i zadał im te same pytania. Gdy otrzymał od tych naukowców zupełnie odmienne odpowiedzi, zaprezentował im nagrania ich norweskich kolegów. Zareagowali szokiem i niedowierzaniem. Ich reakcje pokazał z kolei wcześniejszym rozmówcom z Norwegii, ci zaś odpowiedzieli na nie oskarżeniami o rasizm, propagowanie patriarchatu i uprzedzenia kulturowe.

Jednak Harald Eia, jak się okazało, nie był w tych kwestiach laikiem. Jest socjologiem, przez kilka lat pracował w tej dziedzinie naukowo, a dopiero później został komikiem. Nie zarzucił jednak swojej profesji i, niezależnie od pracy, cały czas studiował, kierując zainteresowania ku takim dziedzinom jak biologia, genetyka i psychologia ewolucyjna. Znając z autopsji wartość norweskiej nauki, zaczął zadawać rozmówcom coraz trudniejsze (choć przecież bardzo proste) pytania w rodzaju: Skoro w Norwegii panuje taka równość płci, to czemu tylko co dziesiąty inżynier jest kobietą, a 9 na 10 pielęgniarek to kobiety? Albo: Z jakiego powodu kobiety mają inny niż mężczyźni stosunek do seksu, bez względu na kulturę?

Przyparci do muru „specjaliści” ostatecznie musieli ujawnić podstawy swoich „rewolucyjnych odkryć”. Kamera zarejestrowała odpowiedzi w rodzaju: „Moje podstawy są nie tyle naukowe, co teoretyczne”, albo: „Nauki humanistyczne powinny kwestionować utarte pojmowanie biologiczne”.
Film obnażył brak jakichkolwiek podstaw naukowych dla tej „nauki”, którą już także w Polsce „studiuje się” na ośmiu uniwersytetach.

Film Haralda Eia przyczynił się do zamknięcia finansowanego przez państwo Nordyckiego Instytutu Gender Studies na Uniwersytecie Oslo. Nie do przecenienia są skutki, jakie nastąpiły w świadomości społecznej Norwegów”.