Szukaj na tym blogu

piątek, 16 lutego 2018

Dobre pokusy?

W ostatnią środę zaczęliśmy okres Wielkiego Postu. W tym czasie podejmujemy różne praktyki, których celem jest przygotowanie się do Wielkanocy. Wielki Post trwa 40 dni. Właśnie tyle czasu przebywał Pan na pustyni. Ewangelista pisze: „Zaraz też Duch wyprowadził Go na pustynię” (Mk 1, 12). „Zaraz” – to znaczy bezpośrednio po przyjętym przez Niego chrzcie w Jordanie. Duch, którego Pan ujrzał, jak z otwartych niebios zstępuje na Niego, wyprowadził (ἐκβάλλω – dosł. „wyrzucił“) Go na pustynię, gdzie był kuszony przez szatana.
Każde z tych stwierdzeń jest ważne i prawdziwe. Żeby je rozumieć właściwie, musimy pamiętać, że: 1. Jezus jest prawdziwym Bogiem i prawdziwym człowiekiem. Kuszony był nie jako Bóg, ale w swoim człowieczeństwie. 2. To nie Bóg kusił Pana, ale szatan.
Nie inaczej jest, kiedy zostajemy poddanie różnorakim pokusom: to szatan wodzi nas na pokuszenie. Jeśli tak, to dlaczego Pan nauczył nas modlitwy, w której prosimy naszego Ojca niebieskiego, aby „nie wodził nas na pokuszenie”? To brzmienie sugeruje, że to właśnie Pan Bóg kusi człowieka. Z tego powodu biskupi francuscy zmienili niedawno tą jedną prośbę w „Ojcze nasz”, i od początku Adwentu 2017 katolicy we Francji uczestnicząc w liturgii modlą się: „Nie dozwól nam ulec pokusie”. Taki jest rzeczywiście sens modlitwy, którą zostawił nam nasz Zbawiciel. Tak tłumaczy też np. Biblia Poznańska. Wersja używana w liturgii Kościoła w Polsce jest dosłownym tłumaczeniem greckiego oryginału. Odmawiamy ją w niezmienionym brzmieniu ze względu na szacunek dla słów Pana, ale cały czas musimy pamiętać, że to nie Bóg wodzi nas na pokuszenie, ale wróg naszego zbawienia. Właśnie o tym pisze św. Jakub pisze w swoim Liście: „Kto doznaje pokusy, niech nie mówi: «Bóg mnie kusi». Bóg bowiem ani nie podlega pokusie do zła, ani też nikogo nie kusi. To własna pożądliwość wystawia każdego na pokusę i nęci” (1, 13-14 BT).
Dlaczego zatem Pan Jezus uczy swoich uczniów, aby modlili się: „I nie wódź nas na pokuszenie”? Za tym stwierdzeniem stoi prawda, że Bóg jest jedynym i wszechwładnym Panem, a Jego władzy podlega wszystko; On jest ostateczną przyczyną wszystkiego. „Czyż nie sprzedają dwóch wróbli za asa? A przecież bez woli Ojca waszego żaden z nich nie spadnie na ziemię” (Mt 10, 29 BT). Jeśli coś się dzieje, dzieje się dzięki temu, że Pan Bóg chce tego w sposób pozytywny albo przynajmniej dopuszcza, aby się stało. Jednak nawet wtedy, kiedy Pan Bóg tylko dopuszcza jakieś wydarzenie, czyli nie chce w sposób pozytywny, w języku Biblii brzmi to tak samo, tzn., że On tego chce. Przykład z wróblami spadającymi na ziemię nie jest jednoznaczny, dlatego posłużę się innym przykładem ze Starego Testamentu.
Kiedy Dawid został królem całego Izraela, postanowił policzyć lud, pomimo tego, że było to zabronione. Jego czyn został potraktowany przez Boga jako wyraz nieposłuszeństwa wobec Niego. W dwóch różnych Księgach biblijnych mamy dwa różne opisy genezy tego grzechu syna Jessego. W Drugiej Księdze Samuela jest napisane: „Jeszcze raz Pan zapłonął gniewem przeciw Izraelitom. Pobudził przeciw nim Dawida, mówiąc: «Idź i policz Izraela i Judę»” (24, 1 BT). Natomiast w Pierwszej Księdze Kronik: „Powstał szatan przeciwko Izraelowi i pobudził Dawida, żeby policzył Izraela” (21, 1 BT). Obydwa te teksty opisują jedno i to samo wydarzenie. W pierwszym jest napisane, że Pan Bóg pobudził króla do grzechu, a w drugim, że Jego wróg. Która z tych wersji odpowiada prawdzie? Odpowiedź może być tylko jedna: To szatan pobudził króla do grzechu. A stwierdzenie przeciwne oznacza, że Pan Bóg nie przeszkodził temu, czyli, że to dopuścił. W ten sam sposób: Pan Bóg nie wodzi na pokuszenie, ale dopuszcza, że jesteśmy kuszeni przez złego ducha. Tak było też z Jezusem na pustyni: był kuszony przez szatana, na co Pan Bóg przyzwolił, ba, nawet wyprowadził a właściwie „wyrzucił” swego Syna na pustynię, aby tam był kuszony przez diabła.
Pan Jezus był kuszony przez szatana, i szatan został przez Niego pokonany. Na pustyni Pan pokazał nam, jak mamy walczyć ze złym duchem, aby zwyciężyć. Jak nie ma zwycięstwa bez walki, tak nie ma zwycięstwa nad pokusami bez bycia kuszonym. Św. Antoni pustelnik znany jest ze swoich dramatycznych potyczek z szatanem. Pomimo tego, a może właśnie dlatego jego spojrzenie na szatańskie pokusy jest całkiem pozytywne: „Nikt nie może wejść do Królestwa Niebieskiego nie będąc kuszony. Zabierz pokusy – a nikt nie będzie zbawiony”. W tym stwierdzeniu pokusy jawią się jako coś wręcz niezbędnego do zbawienia. Jest to „trudna mowa”. Co takiego dobrego jest w pokusach, które przecież mogą stać się przyczyną potępienia? Jedno nie ulega wątpliwości: Nikt nie wejdzie do Królestwa Niebieskiego nie będąc wcześniej niewypróbowany. Nawet aniołowie byli poddani próbie, i tylko ci, którzy jej sprostali, zostali dopuszczeni do oglądania Bożego oblicza. Ale św. Antoni Wielki mówi coś więcej, a mianowicie, że pokusy są potrzebne do zbawienia. Wierzymy, że łaska Boża jest konieczna do zbawienia, ale pokusy? Jak rozumieć jego słowa?
Długo zastanawiałem się nad sensem słów egipskiego pustelnika. Na pewno pokusy służą samopoznaniu. Przez jedną pokusę, której jestem poddany, poznaję siebie lepiej, niż dzięki największym objawieniom. Przeróżne przeżywane pokusy pokazują mi, do czego jestem zdolny sam z siebie. Dlatego słusznie ktoś powiedział, że tyle wiemy o sobie, ile nas wypróbowano. Ale w czasie pokus poznaję nie tylko swoją małość i nędzę, ale także lepiej niż kiedykolwiek indziej dostrzegam, jak bardzo jestem zależny od Bożej pomocy. Zatem w tym trudnym, a jednocześnie błogosławionym czasie poznaję z jednej strony, kim jestem sam z siebie, i do czego jestem zdolny, gdyby Pan Bóg zostawił mnie samemu sobie, z drugiej zaś, że tylko Pan może mi w tym czasie próby pomóc. „Nie takiego bowiem mamy arcykapłana, który by nie mógł współczuć naszym słabościom, lecz poddanego próbie pod każdym względem podobnie jak my – z wyjątkiem grzechu” (Hbr 4, 15 BT).
Doświadczenie pokus nie było obce Apostołowi Narodów. Dzieli się tym w siódmym rozdziale Listu do Rzymian: „Albowiem wewnętrzny człowiek we mnie ma upodobanie zgodne z Prawem Bożym. W członkach zaś moich spostrzegam prawo inne, które toczy walkę z prawem mojego umysłu i bierze mnie w niewolę pod prawo grzechu mieszkającego w moich członkach. Nieszczęsny ja człowiek! Któż mnie wyzwoli z ciała, co wiedzie ku tej śmierci? Dzięki niech będą Bogu przez Jezusa Chrystusa, Pana naszego!” (22-25 BT).

wtorek, 24 października 2017

Jezus - pierworodnym wszelkiego stworzenia - został stworzony?

„Ojcze Placydzie, mam prośbę. W pracy rozmawiałem ze świadkiem Jehowy. Podniósł problem boskości Pana Jezusa. Chodzi o sformułowanie ‘pierworodny pośród stworzeń’. On wyprowadza z tego wniosek, że Pan Jezus był stworzeniem, powołanym do życia przez Boga. Będę wdzięczny za pomoc”.

***

Wiadomość o takiej treści otrzymałem kilka dni temu. „Pierworodny pośród stworzeń” to wyrażenie odnoszące się do Pana Jezusa pochodzi z Kol 1, 15: „On jest obrazem niewidzialnego Boga, pierworodnym wszelkiego stworzenia”. Jest to dosłowne tłumaczenie tekstu greckiego przez Pismo św. Nowego Świata. Przekład Nowego Świata jest tłumaczenie dokonanym i używanym przez świadków J. Biblia Tysiąclecia nie oddaje tego wersetu dosłownie, ale oddaje jego sens: „On jest obrazem Boga niewidzialnego - Pierworodnym wobec każdego stworzenia”. Na temat określenia „obraz Boga niewidzialnego” pisałem już wcześniej i chętnych zapraszam tutaj: http://niebieski519.blogspot.de/2013/09/dlaczego-wierze-ze-jezus-chrystus-jest.html  W tym wpisie odniosę się do drugiej części cytowanego zdania.

Na pozór wydaje się, że świadek J. ma rację. No bo przecież jest napisane o Jezusie, że jest „pierworodnym pośród stworzeń” (dosłownie: „pierworodnym wszelkiego stworzenia”, właśnie tak, jak tłumaczy PNŚ). Skoro „pośród stworzeń”, to „należący do stworzeń”. Ale pierwszym problem do takiego wniosku jest słowo „pierworodny”. Jezus nie jest pierwszym STWORZONYM pośród stworzeń, ale właśnie pierwszym URODZONYM pośród stworzeń. Zatem w tym zdaniu nie ma mowy o tym, że Pan Jezus został stworzony, ale że został urodzony; więcej – jest pierworodnym.

Wszyscy aniołowie zostali stworzeni bezpośrednio przez Boga. Z ludźmi zaś jest inaczej, bo pierwsi rodzice zostali stworzeni przez Boga, ale wszyscy następni przyszli na świat przez zrodzenie. A jak jest z Jezusem? Został stworzony czy zrodzony? Jak to już wspomniałem wyżej, interesujący nas werset, na który powołują się świadkowie J., mówi o tym, że Pan Jezus jest pierworodnym, czyli urodzonym. A jeśli urodzonym czy zrodzonym, to przez kogo? Czy przez jakieś stworzenie, jak to ma miejsce w przypadku wszystkich ludzi z wyjątkiem Adama i Ewy? Jeśli byłby zrodzony przez jakąkolwiek istotę stworzoną, to w istocie byłby też stworzeniem. I w takim przypadku, czyli gdyby został zrodzony przez jakąkolwiek istotę stworzoną, nie można byłoby o Nim powiedzieć, że jest „PIERWORODNYM WSZELKIEGO stworzenia”. Jeśli zaś Jezus został zrodzony, ale nie przez stworzenie, to przez kogo? Zostaje tylko jedna możliwość – przez Boga. I właśnie tę prawdę wyznaje święty i apostolski Kościół katolicki:


„Wierzę w jednego Boga, Ojca wszechmogącego, Stworzyciela nieba i ziemi, wszystkich rzeczy widzialnych i niewidzialnych. I w jednego Pana Jezusa Chrystusa, Syna Bożego jednorodzonego, który z Ojca jest zrodzony przed wszystkimi wiekami. Bóg z Boga, Światłość ze Światłości, Bóg prawdziwy z Boga prawdziwego. Zrodzony a nie stworzony, współistotny Ojcu, a przez Niego wszystko się stało…”

sobota, 21 października 2017

"Oddajcie cezarowi, co należy do cezara, a Bogu, co należy do Boga"

Powiedz nam więc, jak ci się zdaje? Czy wolno płacić podatek cezarowi, czy nie?» Jezus przejrzał ich przewrotność i rzekł: «Czemu wystawiacie Mnie na próbę, obłudnicy? Pokażcie Mi monetę podatkową!» Przynieśli Mu denara. On ich zapytał: «Czyj jest ten obraz i napis?» Odpowiedzieli: «Cezara».  «Oddajcie więc cezarowi to, co należy do cezara, a Bogu to, co należy do Boga». (Mt 22, 17-21 BT)


Tak odpowiada Pan na pytanie o podatek dla cezara. Z tej odpowiedzi wynika nie tylko stanowisko Jezusa wobec pytania o płacenie podatków, ale też o relację człowieka do …Boga. Tak, bo jak denar nosił obraz i napis cezara, tak człowiek nosi w sobie obraz Boga, bo został stworzony na Jego obraz i podobieństwo (por. Rdz 1, 26-27). Jeśli więc denar należy do cezara, człowiek jest własnością Boga. Nie tylko z powodu stworzenia na Boży obraz, ale jeszcze bardziej poprzez odkupienie dokonane przez Pana. Jego krew jest ceną naszego zbawienia. Dlatego nie należymy już do siebie, ale do naszego Stwórcy i Odkupiciela. Trzeba więc powtórzyć za Apostołem Narodów, że mamy żyć już nie dla siebie, lecz dla Tego, który nas stworzył na swoje podobieństwo, i odkupił swoją śmiercią i zmartwychwstaniem  (por. 2 Kor 5, 15 BT).

piątek, 13 października 2017

Tylko miłość jest siłą stwórczą, czyli o istocie patriotyzmu

Już pisałem o tym, że św. Maksymilian Kolbe był patriotą. Dla miłości do Ojczyzny i aby walczyć o jej wolność, gotów był zrezygnować z życia zakonnego. Jednak przykład rodziców, którzy postanowili „opuścić ten świat”, wpłynął na zmianę jego decyzji[i]. Miłość do Ojczyzny pozostała w dalszym ciągu dla niego czymś ważnym, nawet bardzo, ale w całym jego życiu zakonnym miłość do Boga była zawsze na pierwszym miejscu. Zrezygnował z walki militarnej o wolność Polski, ale nie oznaczało to zdrady patriotyzmu. Był bowiem przekonany, że służąc Bogu służył także swojej Ojczyźnie. Wyrażają to jego własne słowa:

„Największą odpowiedzialność za losy narodu i ludzkości ponosi stan zakonny – jako ten, od którego zależy błogosławieństwo Boże. Jeśli wszelki obowiązek dobrze spełniony przyczynia się do dobra ogólnego, to obowiązek stanu zakonnego ma wagę o wiele większą. Dusza wierna, zachowująca swoje śluby, ma wpływ na Serce Boga wszystko mogącego”. (za: Tomasz Terlikowski, „Maksymilian M. Kolbe. Biografia świętego męczennika”)

Tych kilka zdań z jednej z jego konferencji ascetycznych wygłoszonej do zakonników mówi nie tylko o wzniosłości powołania zakonnego, ale także o istocie patriotyzmu. Według franciszkanina każdy czyn dobrze spełniony przyczynia się do dobra ogólnego. Odnosi się to do każdego dobrego czynu każdego obywatela i dopiero ta prawda jest punktem wyjścia do podkreślenia, że „obowiązek stanu zakonnego ma wagę o wiele większą” przez składane śluby, które są ofiarą podejmowaną dla Boga. Wierność tym ślubom „ma wpływ na Serce Boga wszystko mogącego” i rodzi błogosławieństwo.  

W tym momencie przychodzi mi na myśl przykład Abrahama, który najpierw otrzymał od Boga obietnicę licznego potomstwa, a kiedy rodzi się obiecany syn, Bóg każe mu go złożyć w całopalnej ofierze (Rdz 22, 1nn). Abraham sprostał tej wielkiej próbie zaufania Bogu. Posłuszny rozkazowi Najwyższego idzie z synem na górę Moria. Związał Izaaka i położył go na stosie drewna. Kiedy sięgnął po nóż, aby nim zabić swego umiłowanego, i jak Bóg stwierdza, „jedynego” syna (a przecież miał też Izmaela, którego urodziła mu Hagar), w ostatnim momencie powstrzymuje Abrahama. Nagrodą za jego posłuszeństwo była obietnica Bożego błogosławieństwa dla całego jego potomstwa:

„Po czym Anioł Pański przemówił głośno z nieba do Abrahama po raz drugi: «Przysięgam na siebie, wyrocznia Pana, że ponieważ uczyniłeś to, a nie odmówiłeś Mi syna twego jedynego, będę ci błogosławił i dam ci potomstwo tak liczne jak gwiazdy na niebie i jak ziarnka piasku na wybrzeżu morza; potomkowie twoi zdobędą warownie swych nieprzyjaciół. Wszystkie ludy ziemi będą sobie życzyć szczęścia takiego, jakie jest udziałem twego potomstwa, dlatego że usłuchałeś mego rozkazu»”. (Rdz 22, 15-18 BT).

Św. Maksymilian żył w duchu Abrahama. O ile jednak patriarcha miał złożyć na ofiarę syna, polski męczennik składał siebie w ofierze. I miał świadomość, że to przyniesie błogosławieństwo dla pokoleń, które przyjdą po nim: „‘Nie zmogą nas te cierpienia. Tylko przetopią i zahartują. Wielkich trzeba ofiar naszych, aby okupić szczęście i pokojowe życie tych, co po nas przyjdą’. Tak wspomina Stemler rozmowę z Kolbem”.  („Maksymilian M. Kolbe”). W stosunku do prześladowców nie kierował się nienawiścią, bo jak powiedział w Auschwitz do wspomnianego współwięźnia: „Nienawiść nie jest siłą stwórczą. Siłą stwórczą jest miłość”.

Franciszkanin szedł świadomie naprzeciw męczeńskiej śmierci. We wszystkich prześladowaniach widział „wolę Niepokalanej”, co trzeba rozumieć jako wolę Boga, bo Ona we wszystkim była i jest poddana Bogu i Jego woli. W jego postawie widać naśladowanie Pana, który w chwili aresztowania powiedział do Piotra: „Schowaj miecz do pochwy. Czyż nie mam wypić kielicha, który Mi podał Ojciec?” (J 18, 11 BT). To podobieństwo idzie jeszcze dalej: św. Maksymilian nie tylko zgodził się na śmierć męczeńską i przyjął ją jak jego Mistrz, kiedy przyszedł jej czas, ale także podobnie jak On, już dużo wcześniej, bo jako dziecko, wybrał taki rodzaj śmierci. Dokładnie tak: wybrał. W czasie pierwszego objawienia, Matka Pana pokazała mu dwie korony i poprosiła, aby wybrał jedną z nich. A Rajmund wybrał …obydwie – i białą, symbol dziewictwa, i czerwoną, oznaczającą męczeństwo. Zgodnie ze znaczeniem swego imienia zakonnego, Maksymilian był maksymalistą. Podobnie, jak św. Tereska z Lisieux, wybrał wszystko.

To jedna strona medalu. Ale istnieje druga. Miłość do Ojczyzny jest świętym obowiązkiem, podobnie jak miłość do rodziców. A jednak jest miłość, która ma pierwszeństwo nawet przed miłością do Ojczyzny i rodziców – jest to miłość do Boga. Ci, którzy dla miłości do Ojczyzny, zdradzali miłość do Boga, byli nie tylko zdrajcami miłości Bożej, ale także tej do Ojczyzny. W ostatecznym rozrachunku zdrada Boga nie przynosi Bożego błogosławieństwa ani dla zdrajcy, ani dla nikogo. Jak miłość wyrażona w uczciwym życiu, a zwłaszcza w ofierze, jest siłą stwórczą, tak nienawiść i każdy inny grzech są siłą niszczącą, przynoszącą przekleństwo. Przykłady podaje Biblia. Po pierwszym grzechu Adama Pan Bóg rzekł do niego: „Ponieważ posłuchałeś swej żony i zjadłeś z drzewa, z którego ci zakazałem, mówiąc: Nie będziesz z niego jeść - przeklęta niech będzie ziemia z twego powodu: w trudzie będziesz zdobywał z niej pożywienie dla siebie po wszystkie dni twego życia. Cierń i oset będzie ci ona rodziła, a przecież pokarmem twym są płody roli. (Rdz 3, 17-18 BT). Po grzechu Dawida ten król Izraela usłyszał, że „miecz nie oddali się od jego domu na wieki” (2 Sm 12, 10). Na wielu miejscach Pisma św. jest mowa o tym, że grzechy pociągają za sobą gniew Boży (np. Kol 3, 5-6).

Wiedział o tym św. Maksymilian i przed wybuchem II wojny światowej powiedział, że wojna, jeśli wybuchnie, przyniesie śmierć tylu ludziom, ile nienarodzonych dzieci zostało zabitych w łonach ich matek. Polska w czasie międzywojennym miała prawo aborcyjne najbardziej liberalne zaraz po tym obowiązującym w bolszewickiej Rosji. I z tego prawa chętnie i często korzystano. Dane mówią o 4 mln dzieci abortowanych w II Rzeczpospolitej. A aborcja to tylko jeden z grzechów popełnianych w tym czasie. Pan Jezus do św. Faustyny czy służebnicy Bożej Rozalii Celakówny wielokrotnie mówił, że Polska zasłużyła na wielkie karanie. W pismach tych dwóch kobiet powtarza się takie stwierdzenie, że gdyby Polskę spotkały nawet wielkie kataklizmy, to i tak byłyby znakiem miłosierdzia, bo przez popełnione grzechy jej obywateli, Polska zasłużyła na całkowite unicestwienie. I dlatego Matka Boża kieruje do nich prośby o modlitwę i pokutę w intencji Ojczyzny. A one posłusznie podejmowały się i modlitwy i pokuty, aby przeważyć popełnione grzechy i wyprosić dla grzeszników i Polski Boże miłosierdzie.

Wspomniani w tekście polscy święci byli patriotami. Pragnęli wielkości Polski, która polega na wielkości moralnej jej obywateli i prawie broniącym najsłabszych. Wtedy spełni się to, o czym mówił Pan Jezus do św. Siostry Faustyny: „Polskę szczególnie umiłowałem, a jeżeli posłuszna będzie woli Mojej, wywyższę ją w potędze i świętości”. (Dz. 1732)

sobota, 30 września 2017

Czy można zbawić się, nie chodząc do kościoła?


Rozumiem, że „chodzenie do kościoła” oznacza tu uczestnictwo w Eucharystii w niedziele i święta, a „zbawić się” oznacza dostąpić zbawienia. Uważam, że ważne jest podkreślenie tego, bo „zbawić się” może sugerować „samo-zbawienie” – to ja sam jestem moim zbawicielem. Takie rozumienie byłoby oczywiście błędem, bo to Jezus Chrystus jest jedynym Zbawicielem, który dokonał naszego zbawienia przez swoją mękę, śmierć i zmartwychwstanie. My zaś możemy to zbawienie przyjąć albo odrzucić. Czy zatem można dostąpić zbawienia bez regularnego uczestnictwa w niedzielnej Mszy św.?

Odpowiedź na to pytanie wymaga najpierw ustalenia, czym jest Msza św. Zgodnie z nauką Kościoła jest to uobecnienie Ofiary Chrystusa: Jego Męki, Śmierci i Zmartwychwstania (por. Katechizm Kościoła Katolickiego (dalej: KKK) 1130). Jest to jedyna Ofiara, dzięki której możemy być zbawieni. Nawet ci, którzy nie uznają w Jezusie Boga i Pana, jeśli będą zbawieni, nie będą zbawieni inaczej niż właśnie przez Niego; On jest jedynym Zbawcą wszystkich ludzi. Nie znaczy to, że wszyscy będą zbawieni, ale jedynie, że wszyscy, którzy już zostali lub będą zbawieni, dostępują zbawienia dzięki Jezusowi. Nikt nie może przyjść do Ojca inaczej niż przez Niego; nikt nie może wejść do nieba inaczej niż przez Jezusa Chrystusa i dzięki Jego Ofierze krzyżowej, której pamiątką i sakramentalnym uobecnieniem jest Eucharystia. Uczestnictwo w niej jest dla nas żywotne, dlatego Kościół nakazuje nam uczestnictwo we Mszy św. w niedziele i najważniejsze święta (Kodeks Prawa Kanonicznego 1246-1248; KKK 2042) i zachęca do jak najczęstszego udziału, także w dni powszednie, najlepiej pełnego tzn. połączonego z przyjmowaniem Komunii św.
Czy można zatem dostąpić zbawienia nie chodząc do kościoła, tzn. nie uczestnicząc we Mszy św.? Największe wrażenie na mnie zrobiła odpowiedź na to pytanie, której udzielił znany amerykański konwertyta i biblista – Scott Hahn – w wykładzie do Listu do Hebrajczyków. W dziesiątym rozdziale tego Listu czytamy:

„Mamy więc, bracia, pewność, iż wejdziemy do Miejsca Świętego przez krew Jezusa. On nam zapoczątkował drogę nową i żywą, przez zasłonę, to jest przez ciało swoje. Mając zaś kapłana wielkiego, który jest nad domem Bożym, przystąpmy z sercem prawym, z wiarą pełną, oczyszczeni na duszy od wszelkiego zła świadomego i obmyci na ciele wodą czystą. Trzymajmy się niewzruszenie nadziei, którą wyznajemy, bo godny jest zaufania Ten, który dał obietnicę. Troszczmy się o siebie wzajemnie, by się zachęcać do miłości i do dobrych uczynków. Nie opuszczajmy naszych wspólnych zebrań, jak się to stało zwyczajem niektórych, ale zachęcajmy się nawzajem, i to tym bardziej, im wyraźniej widzicie, że zbliża się dzień. Jeśli bowiem dobrowolnie grzeszymy po otrzymaniu pełnego poznania prawdy, to już nie ma dla nas ofiary przebłagalnej za grzechy, ale jedynie jakieś przerażające oczekiwanie sądu i żar ognia, który ma trawić przeciwników” (10,19-27 BT).

Co ma na myśli autor Listu do Hebrajczyków pisząc: „Jeśli bowiem dobrowolnie grzeszymy po otrzymaniu pełnego poznania prawdy, to już nie ma dla nas ofiary przebłagalnej za grzechy”? Czyżby wszystkie grzechy dobrowolne? A ponieważ w definicji grzechu leży dobrowolność i świadomość, możemy to określenie (dobrowolne) opuścić. Gdyby więc powyższe słowa odnosiły się do grzechu w ogóle, do każdego grzechu, oznaczałoby to tak naprawdę, że żaden grzech, zwłaszcza ciężki, nie mógłby być odpuszczony. Taka interpretacja byłaby nie tylko przerażająca, ale co ważniejsze, niezgodna z nauką Kościoła. Jednym z artykułów wyznania wiary jest wiara w „opuszczenie grzechów”. Dlatego za KKK i Scottem Hahnem uważam, że wyjaśnienia powyższych słów natchnionego autora trzeba szukać w kontekście bliższym. W zdaniu bezpośrednio poprzedzającym interesujące nas zdanie czytamy: „Nie opuszczajmy naszych wspólnych zebrań, jak się to stało zwyczajem niektórych, ale zachęcajmy się nawzajem, i to tym bardziej, im wyraźniej widzicie, że zbliża się dzień”. Owe „wspólne zebrania” to nic innego jak spotkanie wspólnoty Kościoła, w czasie których celebrowano Eucharystię:

KKK 2178: „Praktyka zgromadzenia chrześcijańskiego wywodzi się od czasów apostolskich (Por. Dz 2, 42-46; 1 Kor 1 1,17). List do Hebrajczyków przypomina: ‘Nie opuszczajmy naszych wspólnych zebrań, jak się to stało zwyczajem niektórych, ale zachęcajmy się nawzajem’ (Hbr 10, 25).

Tradycja zachowuje wspomnienie wciąż aktualnego pouczenia: ‘Przyjść wcześnie do Kościoła, aby zbliżyć się do Pana i wyznać swoje grzechy, wzbudzić żal w modlitwie... Uczestniczyć w świętej i Boskiej liturgii, zakończyć modlitwę, nigdy nie wychodzić przed rozesłaniem... Często mówiliśmy: ten dzień jest wam dany na modlitwę i odpoczynek. Jest dniem, który Pan uczynił. Radujmy się w nim i weselmy’ (Autor anonimowy, Sermo de die dominica: PG 86/I, 416 C; 421 C)”.

Jezus Chrystus „jest ofiarą przebłagalną za nasze grzechy, i nie tylko nasze, lecz również za grzechy całego świata” (1 J 2,2 BT), a Eucharystia jest uobecnieniem tej ofiary. To właśnie dzięki tej ofierze nasze grzechy mogą zostać przebaczone, a jeśli lekceważymy Eucharystię, to w konsekwencji lekceważymy Jezusa i Jego jedyną Ofiarę, dzięki której możemy być zbawieni, i dlatego zgodnie ze słowami natchnionego autora „nie ma już dla nas ofiary przebłagalnej za grzechy, ale jedynie jakieś przerażające oczekiwanie sądu i żar ognia, który ma trawić przeciwników”.

Czyżby więc opuszczanie Eucharystii było grzechem gorszym niż wszystkie inne? Nie, chodzi o coś innego. Mianowicie o to, że lekceważenie Eucharystii można porównać do lekceważenia przyjęcia jedynego leku, który może uzdrowić naszą chorobę, a tą chorobą są nasze grzechy. To w Eucharystii w sposób sakramentalny dokonuje się ofiara za nasze grzechy, dokonuje się nasze zbawienie. Ono jest najważniejszym celem naszego życia, wobec którego znaczenie innych blednie. Dlatego ceńmy sobie bardzo „wspólne spotkanie” – Eucharystię, która jest sakramentem naszego zbawienia, aby słowa Hbr 2,3 nie odnosiły się do nas: „Jakże my unikniemy kary, jeśli nie będziemy się troszczyć o tak wielkie zbawienie?”

Przy okazji chcę powiedzieć jeszcze o opuszczaniu Mszy św. niedobrowolnym, np. z powodu choroby. Jest wielu ludzi pobożnych, którzy całe życie regularnie uczestniczyli we Mszy św. niedzielnej i w święta nakazane. I kiedy przychodzi starość lub choroba, i nie mogą iść do kościoła, czują się z tym bardzo źle, uważają to za grzech i jako grzech wyznają na spowiedzi. Otóż oczywiście taka niezawiniona nieobecność na Mszy św. nie jest grzechem. Pan Bóg nie wymaga rzeczy niemożliwych. I kiedy ktoś jest chory, albo z powodu śniegu lub lodu na drodze nie może się dostać do kościoła, pomimo tego, że bardzo tego chce – nie grzeszy. Tylko nieobecność z lenistwa i lekceważenia jest grzechem. Jeśli ktoś nie może uczestniczyć fizycznie we Mszy św., może ją wysłuchać w radio lub telewizji, lub choćby odczytać i rozważać słowo Boże danej Mszy św., pomodlić się i duchowo łączyć się ze zgromadzeniem zebranym w najbliższym kościele, ofiarowanie swojego cierpienia, duchowa Komunia św. Z pewnością taki duchowy udział we Mszy św., nawet bez fizycznej obecności w kościele, będzie miły w oczach Pana Boga. Jeśli Bogu oddajemy to wszystko, co możemy, nawet jeśli to będzie bardzo mało, będzie cenne w Jego oczach.

***

Tekst ukazał się na portalu fronda.pl

sobota, 23 września 2017

Komentarz do dzisiejszych czytań mszalnych - 23. września

„Ukoronowaniem czynu dobrego jest wytrwałość” (św. Grzegorz Wielki, papież). W ten sposób wytrwałość, jako ukoronowanie dobra, okazuje się przeciwieństwem pożądliwości, która, jak to wczoraj rozważaliśmy jest „korzeniem wszelkiego zła” (1 Tm 6, 10). Zaś dzisiaj odczytane słowa upomnienia i zachęty Apostoła skierowane do jego ucznia Tymoteusza, można wyrazić krótko: „Wytrwaj aż do przyjścia Pana!”. Bez wytrwałości nie można dojść do zbawienia (por. Łk 21, 19). Jest ona niezbędna, aby nasze życie wydało dobre i obfite owoce (por. Łk 8, 15).

Ta niełatwa i w naszych czasach tak mało popularna cnota wydaje się kluczem do zrozumienia przypowieści, którą dzisiaj rozważamy. Napawać smutkiem może fakt, że wśród wymienionych tylko jedno podłoże daje obietnicę plonów. Czyżby niektóre z nich już z góry były skazane na niepłodność? Czyżby niektórzy z ludzi z przyczyn od nich niezależnych byli niezdolni odpowiedzieć na wołanie Boga? Na pewno jest prawdą, że ludzie zostali w różny sposób uzdolnieni do dania takiej odpowiedzi, ale jest błędem uważać, że niektórzy są takiej zdolności pozbawieni. Odpowiedzieć na wołanie Boga może każdy. Wielu na nie odpowiada, ale nie wszyscy są w tym wytrwali.


Przykładem wytrwałości aż do ostatniego tchnienia jest dzisiejszy Patron, św. o. Pio. Ten pokorny kapucyn, przez 50 lat nosił na swoim ciele rany Chrystusa. Jego krzyżem było nie tylko cierpienie fizyczne spowodowane stygmatami. Bardziej bolesna była podejrzliwość ze strony przełożonych, zakaz sprawowania Mszy św. i słuchania spowiedzi, a nawet prowadzenia korespondencji z ludźmi, którzy szukali u niego rady. A jednak cierpienie fizyczne i wszystkie ograniczenia narzucone mu przez przełożonych ukazały stałość jego charakteru i prawdziwość cnót, a wśród nich może najbardziej wytrwałości, która jest innym imieniem miłości (por. 1 Kor 13, 8). To dzięki niej jego życie przyniosło tak obfite plony. Bo czy można policzyć ludzi, którzy przez niego zbliżyli się do Boga, czy wręcz zawrócili z drogi prowadzącej na potępienie? Czy można policzyć ludzi, dla których stał się inspiracją do wybrania drogi życia w zakonie czy kapłaństwie? Słowa Pana „plon stokrotny” opisują wielką obfitość, ale kiedy się weźmie pod uwagę to wszystko, co św. o. Pio uczynił, liczba 100 wydaje się zbyt mała.

(Komentarz został opublikowany w "Agendzie liturgicznej Maryi Niepokalanej", t. II, 2017)


czwartek, 21 września 2017

„Diabolos” w Biblii odnosi się także do ludzi

Greckie słowo διάβολος (czyt. diabolos) służy w Biblii do określenia adwersarza Boga i przeciwnika zbawienia człowieka. W takim znaczeniu to słowo zostało użyte m.in.:

„Jeszcze raz wziął Go diabeł (diabolos) na bardzo wysoką górę, pokazał Mu wszystkie królestwa świata oraz ich przepych i rzekł do Niego: «Dam Ci to wszystko, jeśli upadniesz i oddasz mi pokłon»” (Mt 4, 8-9 BT).

A diabła (diabolos) , który ich zwodzi, wrzucono do jeziora ognia i siarki, tam gdzie są Bestia i Fałszywy Prorok. I będą cierpieć katusze we dnie i w nocy na wieki wieków  (Ap 20, 10 BT).

Ale słowo to może odnosić się także do ludzi. Tak jest np. w Ewangelii według św. Jana:

Na to rzekł do nich Jezus: «Czyż nie wybrałem was dwunastu? A jeden z was jest diabłem»” (J 6, 70 BT).

To nie jedyny taki przykład, ale tylko w tym miejscu w Biblii Tysiąclecia greckie „diabolos” zostało oddane przez spolszczoną wersję tego słowa: „diabeł”. W innych miejscach czytając polskie tłumaczenie nie zauważymy, że w greckim oryginale jest właśnie to interesujące nas słowo. Tak jest w poniższych wersetach:

Kobiety również - godne, nieskłonne do oczerniania (μὴ διαβόλους - czyt. me diabolus), trzeźwe, wierne we wszystkim” (1 Tm 3, 11 BT).

A wiedz o tym, że w dniach ostatnich nastaną chwile trudne. Ludzie bowiem będą samolubni, chciwi, wyniośli, pyszni, bluźniący, nieposłuszni rodzicom, niewdzięczni, niegodziwi, bez serca, bezlitośni, miotający oszczerstwa (διάβολοι  - czyt. diaboloi), niepohamowani, bez uczuć ludzkich, nieprzychylni, zdradzieccy, zuchwali, nadęci, miłujący bardziej rozkosze niż Boga” (2 Tm 3, 1-4 BT).

W tych dwóch wersetach greckie „diabolos” zostało użyte jako przymiotnik i w polskim tłumaczeniu oddane w sposób opisowy, a ten opis wyjaśnia znaczenie tego słowa. „Diabolos” pochodzi od greckiego czasownika „dia-ballo” – „oskarżać (z wrogimi zamiarami), oczerniać”. Stąd „diabolos” to „oskarżyciel, oszczerca”.


Powyższe wersety uświadomiły mi, że oczernianie, które celem jest dzielenie, poniżanie, niszczenie innych, jest istotą działania diabelskiego do tego stopnia, że Biblia używa tego słowa dla nazwania wroga Boga.