Szukaj na tym blogu

środa, 15 marca 2017

Kapłaństwo serca

Historia, o której chcę opowiedzieć, wydarzyła się w jednym z pierwszych lat mojego kapłaństwa. Zostałem wezwany do szpitala do kobiety, która dzień wcześniej miała poród. Z wielkim entuzjazmem szedłem do wypełnienia powierzonego mi zadania i przygotowywałem się duchowo także do odwiedzin innych chorych. Po odwiedzinach matki z nowo narodzonym dzieckiem, byłem także w innych salach, żeby życzyć chorym dobrego dnia. W czasie tego obchodu podeszła do mnie dziewczyna i poprosiła, żebym przyszedł do jej chorej mamy i porozmawiał z nią: „Lekarz powiedział, że zrobił wszystko, co było w jego mocy…”

Chodziło o kobietę chorą na raka, której zostało niewiele życia. Idąc do niej nie miałem pojęcia, że tego dnia, właśnie w czasie tego spotkania otrzymam jedną z najważniejszej nauk na całe życie. „Chcę, żeby ksiądz mi pobłogosławił” – powiedziała kobieta. Miała zapadnięte oczy i była blada; choroba była widoczna w całym jej wyglądzie. Byłem przekonany, że Pan przyprowadził mnie w to miejsce, aby pocieszyć tą duszę.

W czasie spowiedzi i podczas udzielania sakramentu namaszczenia chorych po jej policzkach spływały obfite łzy. Wzruszała mnie myśl, że moje ręce w tym momencie były rękami Jezusa, które przynosiły pociechę ludziom w czasie Jego ziemskiego życia. Zanim wyszedłem z sali, żeby zawołać członków rodziny chorej, powiedziałem do niej cichym głosem: „Dzisiaj odwiedził Panią Jezus. Proszę Mu podziękować i nie smucić się już!”. „Chociaż jestem chora, uważam siebie za bardzo szczęśliwą” – odpowiedziała. Nie spodziewałem się takiej odpowiedzi. Nie wiedziałem, jak odpowiedzieć na jej słowa. Kiedy zauważyła, że byłem zmieszany, dodała: „Kiedy jeszcze byłam zdrowa, nigdy nie byłam tak szczęśliwa, jak teraz. Cierpiałam 37 lat z powodu mojego małżeństwa – mój mąż nie był mi wierny, i był uzależniony od alkoholu. Dużo się za niego modliłam i prosiłam Pana, aby go uwolnił od nałogu i odmienił jego życie. Po tym, jak zdiagnozowano moją chorobę, zauważyłam, że mój mąż był głęboko wstrząśnięty, i że coś się zaczęło zmieniać w jego wnętrzu. Kilka dni temu poprosił mnie o przebaczenie całego cierpienia, jakie mi zadał. Ale już dużo wcześniej zrozumiałam, że moja choroba uzdrowiła jego [chorobę]. Dzięki temu moje małżeństwo zostało uratowane!

Oprócz tego moja córka, ta, która zawoła Księdza, cierpiała z powodu ciężkich depresji. Często zamykała się na cały dzień w swoim pokoju, i nawet nie przychodziła na posiłki. Wielokrotnie usiłowała odebrać sobie życie. Jak często z różańcem w ręku prosiłam Boga o cud dla mojej córki! Ten cud wydarzył się rzeczywiście. Po tym, jak poddałam się leczeniu raka w klinice, moja córka wróciła do pełni zdrowia. Kiedy miałam badania lekarskie, towarzyszyła mi wszędzie, od jednego szpitala do drugiego. Kiedy czułam się przygnębiona, opowiadała mi zabawne historie, aby przez nie podnieść mnie na duchu. Zrozumiałam, że bardzo mnie kocha”.

Opowiadanie kobiety poruszyło mnie do głębi, a ona kontynuowała: „Ksiądz musi wiedzieć, że mój syn, który od piętnastu lat jest żonaty, był bardzo blisko decyzji o rozwodzie. Przeżywał kryzys wiary i zamierzał wystąpić z Kościoła, ale jego żona była temu przeciwna. Ta sytuacja spowodowała moje przygnębienie i była powodem, że byłam bardzo bliska rozpaczy, ponieważ pomimo cierpień zadanych mi przez męża nigdy nie myślałam o rozwodzie. Ponieważ szanowałam ich wolność, nie chciałam się wtrącać do ich małżeństwa. Zamiast tego bardzo często modliłam się w ich intencji. To, czego nie wyprosiły moje usta, uprosiła moja choroba. Od trzech miesięcy jest u nich znowu wszystko w najlepszym porządku. Odwiedzają mnie codziennie i razem odmawiamy różaniec. Mój syn odzyskał wiarę i nie myśli już o wystąpieniu z Kościoła.

Choroba przyszła więc w odpowiednim czasie… To był ten moment, który uratował moją rodzinę! Teraz mogę umrzeć w pokoju, dzięki błogosławieństwu otrzymanemu od Boga w sakramentach. Jestem pełna radości, bo moja rodzina poprzez moje cierpienie znalazła ratunek”.

Nie tylko studia w seminarium i święcenia kapłańskie nauczyły mnie, co to znaczy być kapłanem: Pan Bóg posłużył się umierającą kobietą, aby mi to pokazać. Teraz już dziesięć lat jestem kapłanem, ale wciąż bardzo wyraźnie pamiętam mądre słowa tej kobiety, którą Pan wziął do siebie.

Autorem powyższego świadectwa jest brazylijski kapłan Delton Alves de Oliveira Filho. Dzięki spotkaniu z umierającą kobietą poznał bardzo praktycznie, „co to znaczy być kapłanem”. I taki właśnie tytuł nosi to opowiadanie, które jest jednym ze stu świadectw księży z całego świata, zawartych w książce: „Das normale Wunder. 100 Glaubenszeugnisse von katholischen Priestern”. Być może sam autor zamieszczonego opowiadania, a może redaktorzy tej książki zatytułowali je w ten sposób. Ja jednak tłumacząc to opowiadanie z niemieckiego nazwałem je inaczej: „Kapłaństwo serca”. Dlaczego? Bo jak sądzę, właśnie przykład tej kobiety pokazuje, co to znaczy być kapłanem. Tak, to prawda, że ona była tą, która otrzymała sakramenty od kapłana. Jednak istota kapłaństwa bardziej objawiła się w tej umierającej kobiecie. Bo to ona swoją wytrwałą modlitwą, cierpieniem, i ostatecznie ofiarą z jej życia, przyczyniła się do przemiany jej rodziny. Kapłan, któremu opowiedziała historię swojego życia, pełni tu rolę świadka, ale nie świadka w sensie kogoś, kto swoimi słowami i czynami świadczy o kimś lub o czym, ale świadka, który coś widzi, słyszy i doświadcza. Kapłan ten stał się świadkiem jej życia. Dzięki zwierzeniom chorej na raka kobiety zrozumiał może nawet lepiej niż dzięki studiom, co to znaczy być kapłanem.

Kiedy tak o tym myślałem, przypomniała mi się św. Monika, która dzięki swoim łzom i wytrwałej modlitwie przyczyniła się do nawrócenia najpierw swojego męża, a potem syna. I nie byłoby św. Augustyna, gdyby nie łzy i modlitwa jego matki. Prawdopodobnie kobieta z tego opowiadania nie stanie się tak sławna, jak matka św. Augustyna. W tym opowiadaniu nie pojawia się nawet jej imię. Ale to nie jest decydujące. Dla Boga nie ma to znaczenia; dla Niego liczy się czysta intencja i miłość, a one były obecne w życiu tej bezimiennej kobiety z Brazylii, dzięki której córka doznała uzdrowienia, mąż i syn nawrócili się, a dwa małżeństwa zostały uratowane.
Rozmyślałem o tym przed Najświętszym Sakramentem. I wtedy przypomniał mi się też św. Franciszek i jego słowa, które wcześniej były dla mnie niezrozumiałe. Są to słowa z jednego z jego listów. Chodzi o te słowa poniżej, które zaznaczyłem tłustym drukiem. Przytaczam je w trochę większym kontekście:

Do brata N., ministra. Niech Pan cię błogosławi (por. Lb 6, 24a). Tak, jak umiem, mówię ci o sprawach twej duszy, że to wszystko, co przeszkadza ci kochać Pana Boga i jakikolwiek [człowiek] czyniłby ci przeszkody albo bracia lub inni, także gdyby cię bili, to wszystko powinieneś uważać za łaskę. I tego właśnie pragnij, a nie czego innego. I to przez prawdziwe posłuszeństwo wobec Pana Boga i wobec mnie, bo wiem na pewno, że to jest prawdziwe posłuszeństwo. I kochaj tych, którzy sprawiają ci te trudności. I nie żądaj od nich czego innego tylko tego, co Bóg ci da. I kochaj ich za to; i nie pragnij, aby byli lepszymi chrześcijanami. I nich to ma dla ciebie większą wartość niż życie w pustelni. (za: http://www.swanna.pl/prw/pisma/pisma_fr/list_do_min.html )

Dlaczego adresat listu ma „nie pragnąć”, aby sprawiający mu trudności stali się lepszymi chrześcijanami? Czyż nie jest to bardzo zbożne pragnienie? Co miał na myśli św. Franciszek? I właśnie dopiero ta historia chorej na raka kobiety opowiedziana przez brazylijskiego księdza pozwoliła mi znaleźć odpowiedź na to pytanie. Oczywiście pragnienie czyjegoś nawrócenia i uświęcenia jest czymś chwalebnym. Św. Franciszek nie chciał temu zaprzeczyć. Dlaczego więc to napisał? Jak sądzę z jednego powodu: Aby adresat jego listu pragnął najpierw swojego własnego nawrócenia i uświęcenia, a dopiero potem nawrócenia i uświęcenia innych. Akcent leży na słowie „najpierw”. Bo człowiek nawracający się przyczynia się do nawrócenia bliźnich, a uświęcony do uświęcenia swoich braci i sióstr. Historia zna wiele prób zmiany świata na lepsze, które zostały zapoczątkowane od próby zmiany innych, a kończyły się przelewem krwi. Tylko zaczynając od siebie może człowiek przyczynić się do pozytywnej przemiany świata. Odnosi się to do wszystkich, ale chyba w sposób szczególny właśnie do nas – kapłanów. 

środa, 11 stycznia 2017

Fim, który wysadził gender

Swego czasu portal Rebelya opublikował filmik, który pokazuje ignorancję tej ideologii. Na stronie gosc.pl można o nim przeczytać:

"Portal Rebelya zaprezentował film „Hjernvask” (Pranie mózgów) z polskimi napisami. Autorem filmu jest Harald Eia, znany w Norwegii komik, który w prosty sposób skompromitował w tym kraju ideologię gender. Pod wpływem tego filmu opinia publiczna w Norwegii, pozostająca wcześniej pod silnym wpływem genderowej propagandy, zaczęła dostrzegać nonsensy i absurdy tej pseudonauki.
Harald Eia, robiąc wrażenie laika, próbującego obalić mity na temat płci, rasy czy homoseksualizmu, pytał o te kwestie norweskich naukowców, filozofów czy dziennikarzy. Następnie udał się do światowej klasy badaczy z uniwersytetów brytyjskich i amerykańskich, specjalistów z dziedzin psychologii ewolucyjnej, genetyki behawioralnej i biologii i zadał im te same pytania. Gdy otrzymał od tych naukowców zupełnie odmienne odpowiedzi, zaprezentował im nagrania ich norweskich kolegów. Zareagowali szokiem i niedowierzaniem. Ich reakcje pokazał z kolei wcześniejszym rozmówcom z Norwegii, ci zaś odpowiedzieli na nie oskarżeniami o rasizm, propagowanie patriarchatu i uprzedzenia kulturowe.

Jednak Harald Eia, jak się okazało, nie był w tych kwestiach laikiem. Jest socjologiem, przez kilka lat pracował w tej dziedzinie naukowo, a dopiero później został komikiem. Nie zarzucił jednak swojej profesji i, niezależnie od pracy, cały czas studiował, kierując zainteresowania ku takim dziedzinom jak biologia, genetyka i psychologia ewolucyjna. Znając z autopsji wartość norweskiej nauki, zaczął zadawać rozmówcom coraz trudniejsze (choć przecież bardzo proste) pytania w rodzaju: Skoro w Norwegii panuje taka równość płci, to czemu tylko co dziesiąty inżynier jest kobietą, a 9 na 10 pielęgniarek to kobiety? Albo: Z jakiego powodu kobiety mają inny niż mężczyźni stosunek do seksu, bez względu na kulturę?

Przyparci do muru „specjaliści” ostatecznie musieli ujawnić podstawy swoich „rewolucyjnych odkryć”. Kamera zarejestrowała odpowiedzi w rodzaju: „Moje podstawy są nie tyle naukowe, co teoretyczne”, albo: „Nauki humanistyczne powinny kwestionować utarte pojmowanie biologiczne”.
Film obnażył brak jakichkolwiek podstaw naukowych dla tej „nauki”, którą już także w Polsce „studiuje się” na ośmiu uniwersytetach.

Film Haralda Eia przyczynił się do zamknięcia finansowanego przez państwo Nordyckiego Instytutu Gender Studies na Uniwersytecie Oslo. Nie do przecenienia są skutki, jakie nastąpiły w świadomości społecznej Norwegów”.

sobota, 7 stycznia 2017

Abortowany papież, a Boże plany

„[Po San Giovani Rotondo] oprowadzał nas Polak, ojciec kapucyn, który zwrócił uwagę na coś, nad czym się wcześniej nie zastanawiałam. Opowiadał on wiele historii z życia ojca Pio, o których wcześniej słyszałam, ale o jednej z nich – nie.
Przychodzi kobieta do spowiedzi do ojca Pio i spowiada się z grzechu aborcji. O. Pio pyta się:
- ‘Coś zobaczyłaś, tak?’
- ‘Tak’ – odpowiada kobieta.
- ‘Papieża, tak?’
- ‘Tak’ – odpowiada znowu kobieta – ‘zobaczyłam papieża’.
- ‘A popatrzyłaś w twarz tego papieża?’
- ‘Tak, był bardzo podobny do mnie’.
- ‘Tak, w planach Bożych ten twój syn, którego zabiłaś, miał być papieżem’.
Byłam zaskoczona, bo w swojej naiwności, za którą od razu przeprosiłam Pana Boga, wyobrażałam sobie, że Pan Bóg ma plany [tylko] w stosunku do tych ludzi, którzy się urodzili. Nic podobnego! Pan Bóg miał plany w stosunku do każdego człowieka, także w stosunku do tych ludzi, których my, jako ludzkość, zabiliśmy”. (prof. Maria Ryś, UKSW)


piątek, 16 grudnia 2016

Chrzest był pomysłem Jana Chrzciciela?

„W Adwencie słyszymy w Liturgii o Janie Chrzcicielu i o chrzcie, jakiego udzielał. Chrzest Janowy był natchnieniem z nieba czy może istniał już w jakieś formie przed Chrzcicielem?

Takie zapytanie otrzymałem niedawno. Nie znałem odpowiedzi na to pytanie, dlatego postanowiłem jej poszukać. Myślę, że jest czymś oczywistym, iż chrzest Janowy i całe jego posłannictwo było odpowiedzią na natchnienie z nieba. Ale pytanie pozostaje, czy istniał już chrzest w jakieś formie przed największym pośród narodzonych z niewiasty. Kiedy przychodzą do niego kapłani i lewici wysłani z Jerozolimy, aby zapytać go, czy jest Mesjaszem, Eliaszem lub oczekiwanym prorokiem, zadają mu też takie pytanie: «Czemu zatem chrzcisz, skoro nie jesteś ani Mesjaszem, ani Eliaszem, ani prorokiem?» (J 1,25 BT). Warto tu zwrócić uwagę, że wysłannicy nie pytają: „Co to za pomysł z tym chrztem? Dlaczego wprowadzasz nieznane nam praktyki?”, ale „Kto ci dał prawo to czynić?”. To pytanie zdaje się potwierdzać ówczesne przekonanie, że Mesjasz, Eliasz, gdyby przeszedł powtórnie, i obiecany w Pwt 18,15-19 prorok mieliby prawo udzielać chrztu. A skoro Jan zaprzeczył, że nie jest żadnym z nich, pojawia się pytanie, dlaczego to czyni.

Protestancki autor Leon Morris tak komentuje J 1,25:
„(…) Ponieważ Jan jasno stwierdza, że nie jest Mesjaszem lub osobą mesjaniczną, dlaczego chrzci? Chrzest nie był nową praktyką w judaizmie. Był zwykłym rytem inicjacji konwertytów z innych religii. Kiedy taka konwersja miała miejsce, członkowie rodziny płci męskiej byli obrzezani, a wszyscy obojga płci przyjmowali chrzest. Ryt ten był pojmowany jako ceremonialne usunięcie wszelkiego rodzaju brudu zaciągniętego w pogańskim świecie. Nowością chrztu Janowego i ościeniem tej praktyki był fakt, że praktykował wobec żydów ryt, który był uważany za odpowiedni dla pogan wchodzących do judaizmu. Żydzi byli gotowi zaakceptować punkt widzenia, że poganie byli zbrukani i wymagali oczyszczenia. Ale włożyć żydów do tej samej grupy było czymś, przed czym się wzdrygali. Żydzi już byli przecież ludem Bożym. To prawda, że na podstawie pewnych fragmentów ST niektórzy ludzie oczekiwali chrztu u zarania epoki mesjańskiej (Ez 36,25; Za 13,1), ale Jan zaprzeczył, że jest Mesjaszem”.[1]



[1] Morris, L. (1995). The Gospel according to John (p. 123). Grand Rapids, MI: Wm. B. Eerdmans Publishing Co.

środa, 14 grudnia 2016

Jezus anatemą?

Biblia jest pełna niespodzianek. Jedną z nich odkryłem w ubiegłym tygodniu w czasie lektury Nowego Testamentu w wersji interlinearnej.

Wcześniej nie zdawałem sobie sprawy z dwuznaczności, jaka wiąże się z biblijnym słowem „anatema”. Czytając Łk 21,5 („Gdy niektórzy mówili o świątyni, że jest przyozdobiona pięknymi kamieniami i darami, powiedział…” BT) zauważyłem z niemałym zdziwieniem, że greckim słowem, które zostało przetłumaczone w Biblii Tysiąclecia „darami”, jest słowo „αναθημασιν[1], celownik liczby mnogiej od: ἀνάθημα (czyt. anathema[2]). To słowo funkcjonuje także w jęz. polskim – „anatema”, ale jego znaczenie jest zgoła przeciwne: „klątwa” [3]. Także i to znaczenie wywodzi się z tego samego słowa greckiego, które w Łk 21,5 oznacza „dar wotywy”. Czyżby więc jedno i to samo słowo oznaczało „dar wotywny ofiarowany Bogu” i rzecz (lub osobę), która znajduje się pod klątwą, czyli przeklętą? Dokładnie tak![4]

Greckie słowo „anatema” oznaczające rzecz lub osobę pod klątwą jest również obecne w Piśmie św. i to o wiele częściej niż w tym znaczeniu, z jakim spotykamy się w Łk 21,5 (jedyny taki przypadek w całym NT). Trzy przykłady: „Jeżeli ktoś nie kocha Pana, niech będzie anatema (ἀνάθεμα)!” (1 Kor 16,22). Ten sam św. Paweł mówi o sobie: „Wolałbym bowiem sam być anatema (ἀνάθεμα) [odłączony] od Chrystusa dla [zbawienia] braci moich, którzy według ciała są moimi rodakami” (Rz 9,3), a w innym miejscu o Jezusie: „Otóż zapewniam was, że nikt, pozostając pod natchnieniem Ducha Bożego, nie może mówić: «Jezus [niech będzie] anatema (ἀνάθεμα)!». Nikt też nie może powiedzieć bez pomocy Ducha Świętego: «Panem jest Jezus»” (1 Kor 12,3)[5].

W ostatnim cytowanym wersecie to słowo odnosi się do Jezusa. I dlatego w tym kontekście można rozumieć je na różne sposoby[6]:


A skoro tak, to cały ten werset może być tłumaczony na różne sposoby. W Biblii Tysiąclecia czytamy: „Otóż zapewniam was, że nikt, pozostając pod natchnieniem Ducha Bożego, nie może mówić: «Niech Jezus będzie przeklęty!». Nikt też nie może powiedzieć bez pomocy Ducha Świętego: «Panem jest Jezus»”. W przypisie można przeczytać: „Tzn. jak niemożliwością jest, by ktoś był wspierany przez Ducha Świętego, gdy bluźni Jezusowi, tak również nikt nie może wyznać swej wiary, jeżeli nie otrzyma specjalnej pomocy z góry”. 

Wojciech Kosek, który jest też autorem powyższego graficznego przedstawienia „Jezusa jako anatemy” proponuje inne rozumienie 1 Kor 12,3: „Pełną wymowę stwierdzenia św. Pawła z 1Kor 12,3 należy ująć następująco: tak jak ‘nie ma na świecie ani żadnych bożków, ani żadnego boga, prócz Boga jedynego’ (8,4), tak też duch żadnego boga ani nie objawi pełni tajemnicy Jezusa – Anathemy, ani pełni tajemnicy Jezusa – Pana, prócz Ducha Boga jedynego, Ducha Świętego”. Jest to konkluzja jego studium „Jezus jako Anathema (1 Kor 12,3) w świetle Didache 16,5 w tłumaczeniu Anny Świderkówny”, z którym można zapoznać się klikając na link: http://www.adoracja.bielsko.opoka.org.pl/biblistyka/1Kor12_3_dr_Wojciech_Kosek.html



[2] Chociaż prawidłową transkrypcją greckiego słowa jest zapis: „anathema”, to jednak, ponieważ w jęz. polskim poprawną ortograficznie wersją jest „anatema”, w niniejszej notce będę stosował się (z małymi wyjątkami) do wskazań polskiej ortografii. 
[3] Słownik języka polskiego podaje takie znaczenia tego słowa:
a) «w katolicyzmie i prawosławiu: uroczysta klątwa kościelna»
b) «ostre potępienie kogoś lub czegoś» (http://sjp.pwn.pl/szukaj/anatema.html)
[4]  Z. Abramowiczówna (redaktor), Słownik grecko–polski, ἀνάθεμα – 1. rzecz poświęcona bóstwu, wotum; 2. rzecz lub osoba przeklęta.
[5] Wprawdzie w 1 Kor 12,3; 16,22; Rz 9,3 jest inny zapis tego słowa, różny niż w Łk 21,5, ale jak można przeczytać w Teologicznym Słowniku Nowego Testamentu, nie ma pomiędzy nimi różnicy znaczeń. („ἀνάθεμα is a new Hell. constr. for the Att. ἀνάθημα with no change of meaning” (Kittel, G., Bromiley, G. W., & Friedrich, G. (Eds.). (1964–). Theological dictionary of the New Testament (electronic ed., Vol. 1, p. 354). Grand Rapids, MI: Eerdmans.))

czwartek, 24 listopada 2016

Czy można wymagać heroizmu od innych?

Dwa lata temu, kiedy opuszczałem Niemcy, żeby wrócić do Polski, dostałem w prezencie książkę zawierającą 100 świadectw księży z różnych zakątków świata. Jednak muszę przyznać się, że zacząłem czytać ją dopiero niedawno, kiedy ponownie zostałem wysłany do pracy w Bawarii. 

Poniżej przytoczę dwa świadectwa z w/w książki (w tłumaczeniu własnym z niemieckiego): pierwsze z Haiti, drugie z Australii. Ich wspólną cechą jest radość z ocalenia dziecka poczętego i zmiana decyzji ich matek, z których pierwsza nosiła się z zamiarem aborcji, natomiast druga przesunęła termin operacji. O ile pierwsze jest wezwaniem, żeby „siać”, tzn. żeby nie przemilczać prawdy o wartości każdego ludzkiego życia, drugie świadectwo jest o odwadze wymagania heroizmu od innych.


1. „Kiedy przed pięciu laty udziałem święceń kapłańskich, po Mszy św. podeszła do mnie kobieta i z widocznym wzruszeniem powiedziała do mnie: ‘Księże Biskupie, muszę Waszej Ekscelencji coś opowiedzieć: Kiedy Ksiądz Biskup był jeszcze młodym księdzem, uczestniczyłam w dniu skupienia prowadzonym przez Księdza w Port-au-Prince. W konferencji Ksiądz Biskup powiedział wtedy, że matki muszą chronić swoje dzieci przed aborcją, bo któregoś dnia mogą zostać prezydentami, księżmi czy też biskupami.

Wtedy byłam w ciąży i miałam zamiar ją usunąć. Po kazaniu długo myślałam nad tym, co usłyszałam, i dzięki słowom Księdza Biskupa zmieniłam zdanie. To dziecko, które wtedy urodziłam, jest teraz jednym z księży, którym Ksiądz Biskup udzielił święceń, i pragnę Waszej Ekscelencji za to podziękować”. (ks. bp Eustache Saint Hubert)


2. „Kiedy przed laty pracowałem jako kapelan szpitala w Westmead, otrzymałem wiadomość, że jedna z pacjentek prosi mnie o błogosławieństwo przed czekającą ją w następnym dniu operacją. Kiedy ją odwiedziłem, dowiedziałem się, że jest w ciąży. Powiedziała mi, że martwi się bardzo z powodu operacji.
‘Co to za operacja?’ – zapytałem.
‘Histerektomia’

Od razu pomyślałem, że to niemożliwe, aby usuwając macicę zachować życie dziecka.
Owa pacjentka wyjaśniła mi, że jest chora na raka narządów rodnych. Opowiadając o chorobie próbowała usprawiedliwić swoją decyzję. Powiedziano jej, że operacja ta nie będzie grzechem w oczach Pana Boga, nawet jeśli podda się jej będąc w ciąży, ponieważ jest absolutną koniecznością.
Wtedy opowiedziałem jej o błogosławionej Giannie Molli, która już w międzyczasie została ogłoszona świętą. Była włoską lekarką, która podjęła heroiczną decyzję ofiarowania własnego życia w zamian za życie dziecka, które nosiła w sobie. Poprosiłem kobietę, aby w tej sytuacji całkowicie zawierzyła Bogu.

‘Proszę pozwolić mi modlić się, żeby Pani zmieniła decyzję, i w ten sposób uratowała życie swojemu dziecku’.

Po tym wstępie modliliśmy się razem. Podczas modlitwy łzy spływały po policzkach kobiety. Kiedy wróciłem do domu, od razu poszedłem do kaplicy, aby całą noc modlić się o to, żeby ta kobieta zdecydowała się ocalić życie dziecka. Następnego dnia zadzwoniłem do lekarza z parafii. Poradził mi przekonać ją, aby donosiła dziecko do siódmego miesiąca, kiedy będzie mogła je urodzić, po czym poddać się operacji.

O godzinie 8:00 rano zapukał do mnie nieznajomy mężczyzna. Zdenerwowany zapytał mnie: ‘Czy to Ksiądz rozmawiał z moją żoną?’. Myślałem, że jest zły na mnie, ale ku mojemu wielkiemu zdziwieniu powiedział do mnie: ‘Muszę Księdzu za to podziękować. Posłuchamy rady Księdza: Będziemy czekać do siódmego miesiąca i wtedy żona będzie mogła urodzić’.

I tak się stało. W siódmym miesiącu po sprowokowaniu bólów kobieta wydała na świat przecudną, całkowicie zdrową dziewczynkę, która niedługo później została ochrzczona. Miesiąc później matka poddała się operacji, po czym w krótkim okresie została całkowicie uzdrowiona z raka.
Każdego roku w dzień urodzin córeczki rodzice wraz z dziećmi przychodzą do kościoła na Mszę św. Za każdym razem matka mówi dziecku te same słowa: ‘Podejdź do Twojego wybawcy i pocałuj go!’” (ks. Kevin Matthew Lee)

Czy można wymagać heroizmu od innych? Okazuje się, że tak. Ks. Lee miał odwagę wymagać bohaterstwa od chorej na raka ciężarnej kobiety. Ale ten ksiądz nie tylko, że wymagał heroizmu od drugiej osoby, ale sam postąpił heroicznie, bo sądzę, że takim czynem była całonocna modlitwa przed Najświętszym Sakramentem. Gdyby zabrakło mu tej odwagi w rozmowie z kobietą, i być może, gdyby nie jego modlitwa, świat dzisiaj byłby biedniejszy o życie dziewczynki, a jej rodzice nie byliby tak szczęśliwi, jak są dzisiaj dzięki temu, że zdecydowali się na czyn heroiczny. Chwała Panu!

poniedziałek, 21 listopada 2016

Dwie miłości

Czytając „Dialogi” św. Katarzyny znalazłem genialną myśl. Święta zapisała słowa Boga Ojca, który mówi do niej o miłości do Boga i miłości do bliźniego. Wynika z nich, że kochając bliźniego prawdziwą miłością odpowiadam na miłość Boga do mnie, i to na sposób, w jaki On kocha mnie. Można to uzasadnić na różne sposoby, ale słowa zapisane przez św. Katarzynę są dla mnie tak genialne, że postanowiłem podzielić się nimi z Czytelnikami odwiedzającymi mojego bloga:


„Żądam od was, abyście kochali Mnie tą miłością, jaką Ja was kocham. Wprawdzie nie możecie tego uczynić, bo Ja pokochałem was, zanim byłem kochany i wszelka miłość, którą żywicie dla Mnie, jest długiem, z którego się wywiązujecie, nie łaską, którą Mi czynicie, podczas gdy miłość moja jest łaską, a nie powinnością. Więc nie możecie Mi oddać miłości, której od was żądam; lecz dałem wam bliźniego, abyście czynili dla niego to, czego dla Mnie nie możecie czynić, to jest kochać go bez zastrzeżeń i bez oczekiwania jakiejś korzyści. Wtedy uznam, że czynicie dla Mnie, co uczyniliście dla niego”. (LXV, za: http://sienenka.blogspot.de/2011/02/nauka-o-moscie-lxiv.html )