Szukaj na tym blogu

piątek, 13 października 2017

Tylko miłość jest siłą stwórczą, czyli o istocie patriotyzmu

Już pisałem o tym, że św. Maksymilian Kolbe był patriotą. Dla miłości do Ojczyzny i aby walczyć o jej wolność, gotów był zrezygnować z życia zakonnego. Jednak przykład rodziców, którzy postanowili „opuścić ten świat”, wpłynął na zmianę jego decyzji[i]. Miłość do Ojczyzny pozostała w dalszym ciągu dla niego czymś ważnym, nawet bardzo, ale w całym jego życiu zakonnym miłość do Boga była zawsze na pierwszym miejscu. Zrezygnował z walki militarnej o wolność Polski, ale nie oznaczało to zdrady patriotyzmu. Był bowiem przekonany, że służąc Bogu służył także swojej Ojczyźnie. Wyrażają to jego własne słowa:

„Największą odpowiedzialność za losy narodu i ludzkości ponosi stan zakonny – jako ten, od którego zależy błogosławieństwo Boże. Jeśli wszelki obowiązek dobrze spełniony przyczynia się do dobra ogólnego, to obowiązek stanu zakonnego ma wagę o wiele większą. Dusza wierna, zachowująca swoje śluby, ma wpływ na Serce Boga wszystko mogącego”. (za: Tomasz Terlikowski, „Maksymilian M. Kolbe. Biografia świętego męczennika”)

Tych kilka zdań z jednej z jego konferencji ascetycznych wygłoszonej do zakonników mówi nie tylko o wzniosłości powołania zakonnego, ale także o istocie patriotyzmu. Według franciszkanina każdy czyn dobrze spełniony przyczynia się do dobra ogólnego. Odnosi się to do każdego dobrego czynu każdego obywatela i dopiero ta prawda jest punktem wyjścia do podkreślenia, że „obowiązek stanu zakonnego ma wagę o wiele większą” przez składane śluby, które są ofiarą podejmowaną dla Boga. Wierność tym ślubom „ma wpływ na Serce Boga wszystko mogącego” i rodzi błogosławieństwo.  

W tym momencie przychodzi mi na myśl przykład Abrahama, który najpierw otrzymał od Boga obietnicę licznego potomstwa, a kiedy rodzi się obiecany syn, Bóg każe mu go złożyć w całopalnej ofierze (Rdz 22, 1nn). Abraham sprostał tej wielkiej próbie zaufania Bogu. Posłuszny rozkazowi Najwyższego idzie z synem na górę Moria. Związał Izaaka i położył go na stosie drewna. Kiedy sięgnął po nóż, aby nim zabić swego umiłowanego, i jak Bóg stwierdza, „jedynego” syna (a przecież miał też Izmaela, którego urodziła mu Hagar), w ostatnim momencie powstrzymuje Abrahama. Nagrodą za jego posłuszeństwo była obietnica Bożego błogosławieństwa dla całego jego potomstwa:

„Po czym Anioł Pański przemówił głośno z nieba do Abrahama po raz drugi: «Przysięgam na siebie, wyrocznia Pana, że ponieważ uczyniłeś to, a nie odmówiłeś Mi syna twego jedynego, będę ci błogosławił i dam ci potomstwo tak liczne jak gwiazdy na niebie i jak ziarnka piasku na wybrzeżu morza; potomkowie twoi zdobędą warownie swych nieprzyjaciół. Wszystkie ludy ziemi będą sobie życzyć szczęścia takiego, jakie jest udziałem twego potomstwa, dlatego że usłuchałeś mego rozkazu»”. (Rdz 22, 15-18 BT).

Św. Maksymilian żył w duchu Abrahama. O ile jednak patriarcha miał złożyć na ofiarę syna, polski męczennik składał siebie w ofierze. I miał świadomość, że to przyniesie błogosławieństwo dla pokoleń, które przyjdą po nim: „‘Nie zmogą nas te cierpienia. Tylko przetopią i zahartują. Wielkich trzeba ofiar naszych, aby okupić szczęście i pokojowe życie tych, co po nas przyjdą’. Tak wspomina Stemler rozmowę z Kolbem”.  („Maksymilian M. Kolbe”). W stosunku do prześladowców nie kierował się nienawiścią, bo jak powiedział w Auschwitz do wspomnianego współwięźnia: „Nienawiść nie jest siłą stwórczą. Siłą stwórczą jest miłość”.

Franciszkanin szedł świadomie naprzeciw męczeńskiej śmierci. We wszystkich prześladowaniach widział „wolę Niepokalanej”, co trzeba rozumieć jako wolę Boga, bo Ona we wszystkim była i jest poddana Bogu i Jego woli. W jego postawie widać naśladowanie Pana, który w chwili aresztowania powiedział do Piotra: „Schowaj miecz do pochwy. Czyż nie mam wypić kielicha, który Mi podał Ojciec?” (J 18, 11 BT). To podobieństwo idzie jeszcze dalej: św. Maksymilian nie tylko zgodził się na śmierć męczeńską i przyjął ją jak jego Mistrz, kiedy przyszedł jej czas, ale także podobnie jak On, już dużo wcześniej, bo jako dziecko, wybrał taki rodzaj śmierci. Dokładnie tak: wybrał. W czasie pierwszego objawienia, Matka Pana pokazała mu dwie korony i poprosiła, aby wybrał jedną z nich. A Rajmund wybrał …obydwie – i białą, symbol dziewictwa, i czerwoną, oznaczającą męczeństwo. Zgodnie ze znaczeniem swego imienia zakonnego, Maksymilian był maksymalistą. Podobnie, jak św. Tereska z Lisieux, wybrał wszystko.

To jedna strona medalu. Ale istnieje druga. Miłość do Ojczyzny jest świętym obowiązkiem, podobnie jak miłość do rodziców. A jednak jest miłość, która ma pierwszeństwo nawet przed miłością do Ojczyzny i rodziców – jest to miłość do Boga. Ci, którzy dla miłości do Ojczyzny, zdradzali miłość do Boga, byli nie tylko zdrajcami miłości Bożej, ale także tej do Ojczyzny. W ostatecznym rozrachunku zdrada Boga nie przynosi Bożego błogosławieństwa ani dla zdrajcy, ani dla nikogo. Jak miłość wyrażona w uczciwym życiu, a zwłaszcza w ofierze, jest siłą stwórczą, tak nienawiść i każdy inny grzech są siłą niszczącą, przynoszącą przekleństwo. Przykłady podaje Biblia. Po pierwszym grzechu Adama Pan Bóg rzekł do niego: „Ponieważ posłuchałeś swej żony i zjadłeś z drzewa, z którego ci zakazałem, mówiąc: Nie będziesz z niego jeść - przeklęta niech będzie ziemia z twego powodu: w trudzie będziesz zdobywał z niej pożywienie dla siebie po wszystkie dni twego życia. Cierń i oset będzie ci ona rodziła, a przecież pokarmem twym są płody roli. (Rdz 3, 17-18 BT). Po grzechu Dawida ten król Izraela usłyszał, że „miecz nie oddali się od jego domu na wieki” (2 Sm 12, 10). Na wielu miejscach Pisma św. jest mowa o tym, że grzechy pociągają za sobą gniew Boży (np. Kol 3, 5-6).

Wiedział o tym św. Maksymilian i przed wybuchem II wojny światowej powiedział, że wojna, jeśli wybuchnie, przyniesie śmierć tylu ludziom, ile nienarodzonych dzieci zostało zabitych w łonach ich matek. Polska w czasie międzywojennym miała prawo aborcyjne najbardziej liberalne zaraz po tym obowiązującym w bolszewickiej Rosji. I z tego prawa chętnie i często korzystano. Dane mówią o 4 mln dzieci abortowanych w II Rzeczpospolitej. A aborcja to tylko jeden z grzechów popełnianych w tym czasie. Pan Jezus do św. Faustyny czy służebnicy Bożej Rozalii Celakówny wielokrotnie mówił, że Polska zasłużyła na wielkie karanie. W pismach tych dwóch kobiet powtarza się takie stwierdzenie, że gdyby Polskę spotkały nawet wielkie kataklizmy, to i tak byłyby znakiem miłosierdzia, bo przez popełnione grzechy jej obywateli, Polska zasłużyła na całkowite unicestwienie. I dlatego Matka Boża kieruje do nich prośby o modlitwę i pokutę w intencji Ojczyzny. A one posłusznie podejmowały się i modlitwy i pokuty, aby przeważyć popełnione grzechy i wyprosić dla grzeszników i Polski Boże miłosierdzie.

Wspomniani w tekście polscy święci byli patriotami. Pragnęli wielkości Polski, która polega na wielkości moralnej jej obywateli i prawie broniącym najsłabszych. Wtedy spełni się to, o czym mówił Pan Jezus do św. Siostry Faustyny: „Polskę szczególnie umiłowałem, a jeżeli posłuszna będzie woli Mojej, wywyższę ją w potędze i świętości”. (Dz. 1732)

sobota, 30 września 2017

Czy można zbawić się, nie chodząc do kościoła?


Rozumiem, że „chodzenie do kościoła” oznacza tu uczestnictwo w Eucharystii w niedziele i święta, a „zbawić się” oznacza dostąpić zbawienia. Uważam, że ważne jest podkreślenie tego, bo „zbawić się” może sugerować „samo-zbawienie” – to ja sam jestem moim zbawicielem. Takie rozumienie byłoby oczywiście błędem, bo to Jezus Chrystus jest jedynym Zbawicielem, który dokonał naszego zbawienia przez swoją mękę, śmierć i zmartwychwstanie. My zaś możemy to zbawienie przyjąć albo odrzucić. Czy zatem można dostąpić zbawienia bez regularnego uczestnictwa w niedzielnej Mszy św.?

Odpowiedź na to pytanie wymaga najpierw ustalenia, czym jest Msza św. Zgodnie z nauką Kościoła jest to uobecnienie Ofiary Chrystusa: Jego Męki, Śmierci i Zmartwychwstania (por. Katechizm Kościoła Katolickiego (dalej: KKK) 1130). Jest to jedyna Ofiara, dzięki której możemy być zbawieni. Nawet ci, którzy nie uznają w Jezusie Boga i Pana, jeśli będą zbawieni, nie będą zbawieni inaczej niż właśnie przez Niego; On jest jedynym Zbawcą wszystkich ludzi. Nie znaczy to, że wszyscy będą zbawieni, ale jedynie, że wszyscy, którzy już zostali lub będą zbawieni, dostępują zbawienia dzięki Jezusowi. Nikt nie może przyjść do Ojca inaczej niż przez Niego; nikt nie może wejść do nieba inaczej niż przez Jezusa Chrystusa i dzięki Jego Ofierze krzyżowej, której pamiątką i sakramentalnym uobecnieniem jest Eucharystia. Uczestnictwo w niej jest dla nas żywotne, dlatego Kościół nakazuje nam uczestnictwo we Mszy św. w niedziele i najważniejsze święta (Kodeks Prawa Kanonicznego 1246-1248; KKK 2042) i zachęca do jak najczęstszego udziału, także w dni powszednie, najlepiej pełnego tzn. połączonego z przyjmowaniem Komunii św.
Czy można zatem dostąpić zbawienia nie chodząc do kościoła, tzn. nie uczestnicząc we Mszy św.? Największe wrażenie na mnie zrobiła odpowiedź na to pytanie, której udzielił znany amerykański konwertyta i biblista – Scott Hahn – w wykładzie do Listu do Hebrajczyków. W dziesiątym rozdziale tego Listu czytamy:

„Mamy więc, bracia, pewność, iż wejdziemy do Miejsca Świętego przez krew Jezusa. On nam zapoczątkował drogę nową i żywą, przez zasłonę, to jest przez ciało swoje. Mając zaś kapłana wielkiego, który jest nad domem Bożym, przystąpmy z sercem prawym, z wiarą pełną, oczyszczeni na duszy od wszelkiego zła świadomego i obmyci na ciele wodą czystą. Trzymajmy się niewzruszenie nadziei, którą wyznajemy, bo godny jest zaufania Ten, który dał obietnicę. Troszczmy się o siebie wzajemnie, by się zachęcać do miłości i do dobrych uczynków. Nie opuszczajmy naszych wspólnych zebrań, jak się to stało zwyczajem niektórych, ale zachęcajmy się nawzajem, i to tym bardziej, im wyraźniej widzicie, że zbliża się dzień. Jeśli bowiem dobrowolnie grzeszymy po otrzymaniu pełnego poznania prawdy, to już nie ma dla nas ofiary przebłagalnej za grzechy, ale jedynie jakieś przerażające oczekiwanie sądu i żar ognia, który ma trawić przeciwników” (10,19-27 BT).

Co ma na myśli autor Listu do Hebrajczyków pisząc: „Jeśli bowiem dobrowolnie grzeszymy po otrzymaniu pełnego poznania prawdy, to już nie ma dla nas ofiary przebłagalnej za grzechy”? Czyżby wszystkie grzechy dobrowolne? A ponieważ w definicji grzechu leży dobrowolność i świadomość, możemy to określenie (dobrowolne) opuścić. Gdyby więc powyższe słowa odnosiły się do grzechu w ogóle, do każdego grzechu, oznaczałoby to tak naprawdę, że żaden grzech, zwłaszcza ciężki, nie mógłby być odpuszczony. Taka interpretacja byłaby nie tylko przerażająca, ale co ważniejsze, niezgodna z nauką Kościoła. Jednym z artykułów wyznania wiary jest wiara w „opuszczenie grzechów”. Dlatego za KKK i Scottem Hahnem uważam, że wyjaśnienia powyższych słów natchnionego autora trzeba szukać w kontekście bliższym. W zdaniu bezpośrednio poprzedzającym interesujące nas zdanie czytamy: „Nie opuszczajmy naszych wspólnych zebrań, jak się to stało zwyczajem niektórych, ale zachęcajmy się nawzajem, i to tym bardziej, im wyraźniej widzicie, że zbliża się dzień”. Owe „wspólne zebrania” to nic innego jak spotkanie wspólnoty Kościoła, w czasie których celebrowano Eucharystię:

KKK 2178: „Praktyka zgromadzenia chrześcijańskiego wywodzi się od czasów apostolskich (Por. Dz 2, 42-46; 1 Kor 1 1,17). List do Hebrajczyków przypomina: ‘Nie opuszczajmy naszych wspólnych zebrań, jak się to stało zwyczajem niektórych, ale zachęcajmy się nawzajem’ (Hbr 10, 25).

Tradycja zachowuje wspomnienie wciąż aktualnego pouczenia: ‘Przyjść wcześnie do Kościoła, aby zbliżyć się do Pana i wyznać swoje grzechy, wzbudzić żal w modlitwie... Uczestniczyć w świętej i Boskiej liturgii, zakończyć modlitwę, nigdy nie wychodzić przed rozesłaniem... Często mówiliśmy: ten dzień jest wam dany na modlitwę i odpoczynek. Jest dniem, który Pan uczynił. Radujmy się w nim i weselmy’ (Autor anonimowy, Sermo de die dominica: PG 86/I, 416 C; 421 C)”.

Jezus Chrystus „jest ofiarą przebłagalną za nasze grzechy, i nie tylko nasze, lecz również za grzechy całego świata” (1 J 2,2 BT), a Eucharystia jest uobecnieniem tej ofiary. To właśnie dzięki tej ofierze nasze grzechy mogą zostać przebaczone, a jeśli lekceważymy Eucharystię, to w konsekwencji lekceważymy Jezusa i Jego jedyną Ofiarę, dzięki której możemy być zbawieni, i dlatego zgodnie ze słowami natchnionego autora „nie ma już dla nas ofiary przebłagalnej za grzechy, ale jedynie jakieś przerażające oczekiwanie sądu i żar ognia, który ma trawić przeciwników”.

Czyżby więc opuszczanie Eucharystii było grzechem gorszym niż wszystkie inne? Nie, chodzi o coś innego. Mianowicie o to, że lekceważenie Eucharystii można porównać do lekceważenia przyjęcia jedynego leku, który może uzdrowić naszą chorobę, a tą chorobą są nasze grzechy. To w Eucharystii w sposób sakramentalny dokonuje się ofiara za nasze grzechy, dokonuje się nasze zbawienie. Ono jest najważniejszym celem naszego życia, wobec którego znaczenie innych blednie. Dlatego ceńmy sobie bardzo „wspólne spotkanie” – Eucharystię, która jest sakramentem naszego zbawienia, aby słowa Hbr 2,3 nie odnosiły się do nas: „Jakże my unikniemy kary, jeśli nie będziemy się troszczyć o tak wielkie zbawienie?”

Przy okazji chcę powiedzieć jeszcze o opuszczaniu Mszy św. niedobrowolnym, np. z powodu choroby. Jest wielu ludzi pobożnych, którzy całe życie regularnie uczestniczyli we Mszy św. niedzielnej i w święta nakazane. I kiedy przychodzi starość lub choroba, i nie mogą iść do kościoła, czują się z tym bardzo źle, uważają to za grzech i jako grzech wyznają na spowiedzi. Otóż oczywiście taka niezawiniona nieobecność na Mszy św. nie jest grzechem. Pan Bóg nie wymaga rzeczy niemożliwych. I kiedy ktoś jest chory, albo z powodu śniegu lub lodu na drodze nie może się dostać do kościoła, pomimo tego, że bardzo tego chce – nie grzeszy. Tylko nieobecność z lenistwa i lekceważenia jest grzechem. Jeśli ktoś nie może uczestniczyć fizycznie we Mszy św., może ją wysłuchać w radio lub telewizji, lub choćby odczytać i rozważać słowo Boże danej Mszy św., pomodlić się i duchowo łączyć się ze zgromadzeniem zebranym w najbliższym kościele, ofiarowanie swojego cierpienia, duchowa Komunia św. Z pewnością taki duchowy udział we Mszy św., nawet bez fizycznej obecności w kościele, będzie miły w oczach Pana Boga. Jeśli Bogu oddajemy to wszystko, co możemy, nawet jeśli to będzie bardzo mało, będzie cenne w Jego oczach.

***

Tekst ukazał się na portalu fronda.pl

sobota, 23 września 2017

Komentarz do dzisiejszych czytań mszalnych - 23. września

„Ukoronowaniem czynu dobrego jest wytrwałość” (św. Grzegorz Wielki, papież). W ten sposób wytrwałość, jako ukoronowanie dobra, okazuje się przeciwieństwem pożądliwości, która, jak to wczoraj rozważaliśmy jest „korzeniem wszelkiego zła” (1 Tm 6, 10). Zaś dzisiaj odczytane słowa upomnienia i zachęty Apostoła skierowane do jego ucznia Tymoteusza, można wyrazić krótko: „Wytrwaj aż do przyjścia Pana!”. Bez wytrwałości nie można dojść do zbawienia (por. Łk 21, 19). Jest ona niezbędna, aby nasze życie wydało dobre i obfite owoce (por. Łk 8, 15).

Ta niełatwa i w naszych czasach tak mało popularna cnota wydaje się kluczem do zrozumienia przypowieści, którą dzisiaj rozważamy. Napawać smutkiem może fakt, że wśród wymienionych tylko jedno podłoże daje obietnicę plonów. Czyżby niektóre z nich już z góry były skazane na niepłodność? Czyżby niektórzy z ludzi z przyczyn od nich niezależnych byli niezdolni odpowiedzieć na wołanie Boga? Na pewno jest prawdą, że ludzie zostali w różny sposób uzdolnieni do dania takiej odpowiedzi, ale jest błędem uważać, że niektórzy są takiej zdolności pozbawieni. Odpowiedzieć na wołanie Boga może każdy. Wielu na nie odpowiada, ale nie wszyscy są w tym wytrwali.


Przykładem wytrwałości aż do ostatniego tchnienia jest dzisiejszy Patron, św. o. Pio. Ten pokorny kapucyn, przez 50 lat nosił na swoim ciele rany Chrystusa. Jego krzyżem było nie tylko cierpienie fizyczne spowodowane stygmatami. Bardziej bolesna była podejrzliwość ze strony przełożonych, zakaz sprawowania Mszy św. i słuchania spowiedzi, a nawet prowadzenia korespondencji z ludźmi, którzy szukali u niego rady. A jednak cierpienie fizyczne i wszystkie ograniczenia narzucone mu przez przełożonych ukazały stałość jego charakteru i prawdziwość cnót, a wśród nich może najbardziej wytrwałości, która jest innym imieniem miłości (por. 1 Kor 13, 8). To dzięki niej jego życie przyniosło tak obfite plony. Bo czy można policzyć ludzi, którzy przez niego zbliżyli się do Boga, czy wręcz zawrócili z drogi prowadzącej na potępienie? Czy można policzyć ludzi, dla których stał się inspiracją do wybrania drogi życia w zakonie czy kapłaństwie? Słowa Pana „plon stokrotny” opisują wielką obfitość, ale kiedy się weźmie pod uwagę to wszystko, co św. o. Pio uczynił, liczba 100 wydaje się zbyt mała.

(Komentarz został opublikowany w "Agendzie liturgicznej Maryi Niepokalanej", t. II, 2017)


czwartek, 21 września 2017

„Diabolos” w Biblii odnosi się także do ludzi

Greckie słowo διάβολος (czyt. diabolos) służy w Biblii do określenia adwersarza Boga i przeciwnika zbawienia człowieka. W takim znaczeniu to słowo zostało użyte m.in.:

„Jeszcze raz wziął Go diabeł (diabolos) na bardzo wysoką górę, pokazał Mu wszystkie królestwa świata oraz ich przepych i rzekł do Niego: «Dam Ci to wszystko, jeśli upadniesz i oddasz mi pokłon»” (Mt 4, 8-9 BT).

A diabła (diabolos) , który ich zwodzi, wrzucono do jeziora ognia i siarki, tam gdzie są Bestia i Fałszywy Prorok. I będą cierpieć katusze we dnie i w nocy na wieki wieków  (Ap 20, 10 BT).

Ale słowo to może odnosić się także do ludzi. Tak jest np. w Ewangelii według św. Jana:

Na to rzekł do nich Jezus: «Czyż nie wybrałem was dwunastu? A jeden z was jest diabłem»” (J 6, 70 BT).

To nie jedyny taki przykład, ale tylko w tym miejscu w Biblii Tysiąclecia greckie „diabolos” zostało oddane przez spolszczoną wersję tego słowa: „diabeł”. W innych miejscach czytając polskie tłumaczenie nie zauważymy, że w greckim oryginale jest właśnie to interesujące nas słowo. Tak jest w poniższych wersetach:

Kobiety również - godne, nieskłonne do oczerniania (μὴ διαβόλους - czyt. me diabolus), trzeźwe, wierne we wszystkim” (1 Tm 3, 11 BT).

A wiedz o tym, że w dniach ostatnich nastaną chwile trudne. Ludzie bowiem będą samolubni, chciwi, wyniośli, pyszni, bluźniący, nieposłuszni rodzicom, niewdzięczni, niegodziwi, bez serca, bezlitośni, miotający oszczerstwa (διάβολοι  - czyt. diaboloi), niepohamowani, bez uczuć ludzkich, nieprzychylni, zdradzieccy, zuchwali, nadęci, miłujący bardziej rozkosze niż Boga” (2 Tm 3, 1-4 BT).

W tych dwóch wersetach greckie „diabolos” zostało użyte jako przymiotnik i w polskim tłumaczeniu oddane w sposób opisowy, a ten opis wyjaśnia znaczenie tego słowa. „Diabolos” pochodzi od greckiego czasownika „dia-ballo” – „oskarżać (z wrogimi zamiarami), oczerniać”. Stąd „diabolos” to „oskarżyciel, oszczerca”.


Powyższe wersety uświadomiły mi, że oczernianie, które celem jest dzielenie, poniżanie, niszczenie innych, jest istotą działania diabelskiego do tego stopnia, że Biblia używa tego słowa dla nazwania wroga Boga. 

wtorek, 19 września 2017

Czyżby Pan Jezus zabronił czcić rodziców?

W Ewangelii według św. Łukasza czytamy:

„A gdy szli drogą, ktoś powiedział do Niego: ‘Pójdę za Tobą, dokądkolwiek się udasz!’ Jezus mu odpowiedział: ‘Lisy mają nory i ptaki powietrzne - gniazda, lecz Syn Człowieczy nie ma miejsca, gdzie by głowę mógł oprzeć’. Do innego rzekł: ‘Pójdź za Mną!’ Ten zaś odpowiedział: ‘Panie, pozwól mi najpierw pójść i pogrzebać mojego ojca!’ Odparł mu: ‘Zostaw umarłym grzebanie ich umarłych, a ty idź i głoś królestwo Boże!’ Jeszcze inny rzekł: ‘Panie, chcę pójść za Tobą, ale pozwól mi najpierw pożegnać się z moimi w domu!’ Jezus mu odpowiedział: ‘Ktokolwiek przykłada rękę do pługa, a wstecz się ogląda, nie nadaje się do królestwa Bożego’”. (Łk 9, 57-62)

Kilka dni temu dostałem maila z pytaniem odnoszącym się do przytoczonego fragmentu Ewangelii: „Jak to rozumieć? Słowa na pierwszy rzut oka brzmią dziwnie, grzebanie zmarłych to bardzo ważny obrzęd, zresztą i druga cześć wypowiedzi jest - dla mnie - zastanawiająca. Domyśla się Ojciec, jaki jest zamysł tych słów?”

No właśnie, co chciał powiedzieć Pan Jezus? Z dosłownym rozumieniem tych słów spotkałem się nawet w nowicjacie. Współbrat właśnie tych słów używał jako argument, że Chrystus nakazuje ludziom, których powołuje do specjalnej służby, zerwać wszelkie więzi z rodziną. Czy tak jest rzeczywiście? 

Pan Jezus nie znosi Starego Testamentu; nie znosi Prawa, ale je wypełnia, także jeśli chodzi o obowiązki dzieci wobec rodziców (por. Mk 7, 10-13). To znaczy, że nadal istnieje obowiązek czci wobec rodziców, szacunku i troszczenia się o nich w ich starości, nie wyłączając nakazu godnego ich pochówku. Dlaczego więc Jezus wypowiada takie słowa, które wydaje się, że temu zaprzeczają? Pan posłużył się tu figurą retoryczną zwaną „hiperbolą”, która polega na pewnej przesadzie. Hiperbolą posługiwali się także współcześni Mu rabini. Ale używanie tego środka wyrazu nie jest ograniczone tylko do ludzi tamtej historii ani nie należy tylko do historii, bo przecież posługujemy się nim nadal w zwyczajnych sytuacjach w życiu codziennym, może nawet nie uświadamiając sobie tego. Kiedy mówię, że „Sprinter pobiegł jak strzała” nie oznacza to, że rozumiem to wyrażenie dosłownie. Tym zdaniem chcę powiedzieć raczej, że biegacz biegł bardzo szybko, a nie to, że jego szybkość była porównywalna z prędkością strzały wypuszczonej z łuku. A co chciał wyrazić Pan Jezus mówiąc: „Zostaw umarłym grzebanie ich umarłych, a ty idź i głoś królestwo Boże!”? Te słowa nie oznaczają, żeby Jego uczniowie, także ci, których On powołuje do specjalnej służby głoszenia królestwa Bożego, już nie troszczyli się o pogrzeby swoich rodziców; On nie znosi obowiązku czci wobec rodziców, bo jest to treścią Bożego przykazania. Tak więc cześć wobec rodziców nadal pozostaje czymś świętym i obowiązującym, ale cześć i posłuszeństwo wobec Niego przewyższają cześć i posłuszeństwo należne rodzicom. O tym możemy przeczytać w tej samej Ewangelii:

Jeśli kto przychodzi do Mnie, a nie ma w nienawiści swego ojca i matki, żony i dzieci, braci i sióstr, nadto i siebie samego, nie może być moim uczniem” (Łk 14, 26.)

Te same słowa Pana zostały inaczej zapisane u Mateusza:

Kto kocha ojca lub matkę bardziej niż Mnie, nie jest Mnie godzien. I kto kocha syna lub córkę bardziej niż Mnie, nie jest Mnie godzien” (Mt 10, 37).

Mamy obowiązek kochać siebie, członków naszych rodzin i wszystkich ludzi, a jednak Jezusa jeszcze bardziej, tak że ta miłość do siebie i innych ludzi w porównaniu z miłością do Jezusa jest jakby „nienawiścią”, co nie znaczy tu nic innego, jak to, że winniśmy Jezusa kochać bardziej niż rodziców, dzieci, a nawet siebie samych.

Wracając do słów Jezusa wspomnianych wyżej. Nie ma tego zapisane w Ewangelii, ale sądzę, że po tych słowach, Pan pozwolił jednak temu uczniowi wrócić się do domu i urządzić pogrzeb ojcu, a może nawet sam w nim uczestniczył. A nawet jeśli w tym konkretnym przypadku wymagał od powołanego takiej właśnie osobistej ofiary, nie możemy dopatrywać się ogólnie obowiązującej zasady, że uczniowie powołani do szczególnej służby Panu nie powinni troszczyć się o pogrzeb rodziców.

niedziela, 17 września 2017

Żubr i byk

W ostatnich tygodniach w polskich mediach można było usłyszeć o żubrze-  wędrowniczku przemierzającym Polskę[i]. Nie robił nikomu krzywdy i nikt jemu. Sytuacja zmieniła się bardzo szybko po tym, jak żubr przepłynął Odrę i przeszedł na teren Niemiec. Nie pożył tam długo, bo zaraz został zastrzelony, rozpatroszony, a jego mięso poszło na grilla. Niemcy nie dali mu szansy[ii]. Niestety…

Dzisiaj rano przeczytałem inną historię, w której ważną rolę odegrał wprawdzie nie żubr, ale domowe bydle. Chodzi o historię z życia Teresy Neumann, Niemki żyjącej w latach 1898-1962, która w 1926 r. otrzymała stygmaty, a od 1927 r. aż do śmierci nie przyjmowała żadnych pokarmów. Żyła samą Eucharystią. 18 września 2005 roku rozpoczął się jej proces beatyfikacyjny. Poniżej tłumaczenie własne niemieckiego tekstu w dzisiejszym numerze tygodnika „Katholische SonntagsZeitung” wydawanym przez diecezję w Ratyzbonie:

„Inne niezwykłe wydarzenie [w życiu Teresy Neumann] wydarzyło się, gdy chodziła do siódmej klasy. W tym czasie zarabiała na swoje utrzymanie pilnowaniem bydła na pastwisku. Któregoś popołudnia, kiedy właśnie odmawiała różaniec, została napadnięta przez innego najemnika w tym gospodarstwie. Zakneblował jej usta śmierdzącą chusteczką do nosa, związał ręce i już chciał ją zgwałcić, ale w tym samym momencie przybiegł byk ze stada, którego pilnowała, i rogami przegonił napastnika. Następnie podszedł do leżącej dziewczynki. Tereska była przestraszona i drżała na całym ciele, ale byk nie robił jej nic złego. Stał i przyglądał się jej, jak z trudem uwalnia się od knebla i opaski na rękach. Potem pochylił swój łeb aż do ziemi, a kiedy dziewczynka złapała go za rogi, pomógł jej wstać. Potem położył się i pozwolił jej oprzeć się o siebie i odpocząć po doznanym szoku”.

piątek, 25 sierpnia 2017

Wiara wobec nieszczęścia

W Niemczech znane jest powiedzenie o wartości błogosławieństwa prymicyjnego. Trudne je przetłumaczyć dosłownie, ale sens jest taki: Warto zedrzeć buty, żeby otrzymać błogosławieństwo księdza odprawiającego pierwszą Mszę św. To powiedzenie jest wyrazem wielkiej wiary i przekonania o wartości kapłańskiego błogosławieństwa. Aby wziąć udział we Mszy św. prymicyjnej i otrzymać błogosławieństwo prymicjanta, wierni byli gotowi wziąć na siebie niedogodności długiej wędrówki. Tak uczyniło pewne małżeństwo ubogich wieśniaków, o których przeczytałem w miesięczniku „Directorium spirituale” z sierpnia 2017 r. wydawanym przez diecezję w Ratyzbonie. Pamięć o nich została utrwalona w ufundowanym przez nich i wykonanym na sposób ludowy obrazie wotywnym umieszczonym w górskiej kaplicy w Obersteyermark. Przedstawia on ofiarodawców stojących z podniesionymi rękami przed zgliszczami ich domostwa. Pod obrazem znajduje się poniższy tekst:

„Szliśmy siedem godzin, aby otrzymać błogosławieństwo prymicyjne od nowo wyświęconego księdza. Kiedy przyszliśmy z powrotem, okazało się, że nasz dom spłonął doszczętnie. W płomieniach zginęło pięcioro naszych małych dzieci. Fundujemy tę tablicę pamiątkową na znak dziękczynienia Bogu i Matce Najświętszej za to, że w tym ciężkim doświadczeniu nie straciliśmy wiary”.